Świat monastyczny a reforma po Soborze Watykańskim II

  • 13 września 2019

Świat monastyczny a reforma po Soborze Watykańskim II

Sobór Watykański II odbywał się w latach 1963–1965. W ostatnim roku obok wielu innych dokumentów uchwalono tzw. Dekret o przystosowanej odnowie życia zakonnego (zwany, od pierwszych słów, Perfectae caritatis). Najogólniej biorąc, chodziło o to, żeby cały katolicki świat zakonny przemyślał i odnowił swoje pierwotne charyzmaty; trzeba było ponownie zrozumieć istotę życia zakonnego w ogóle, a własnego instytutu w szczególności, w razie potrzeby oczyścić ją z niepotrzebnych komplikacji i zastosować tu i teraz. Odnowa miała być, i to bardzo ważne, przystosowana: przystosowana do warunków, w jakich nam przyszło żyć naszym powołaniem. Dla myśli Soboru powrót do pierwotnego charyzmatu absolutnie nie oznaczał niewolniczego kopiowania przeszłości, tworzenia skansenu, ale coś wręcz przeciwnego: stworzenie warunków, by pierwotnym duchem każdego założyciela żyć w realiach własnej epoki. Trzeba więc było najpierw tego ducha sprecyzować, i to w terminologii zrozumiałej dla tej epoki, a potem przeprowadzić rewizję konkretnych przepisów, odrzucając nieaktualne i w miarę potrzeby stwarzając nowe.

Chodziło tu więc o coś o wiele głębszego niż samo przystosowanie zewnętrznych drobiazgów. (Przykład takiego drobiazgu: pewien zakon miał od średniowiecza przepis, że należy nosić koszule wełniane jako najtańsze; i aż do naszych czasów trzymał się tego wiernie, mimo że już od dawna tańsza była bawełna.) Chodziło o cały stosunek zakonników, w tym i mnichów, do ich powołania i do konkretnych form, w jakich to powołanie może lub musi być wypełniane. Otóż człowiek wstępujący do zakonu bardzo często przyjmuje wszystko to, co zastał, po prostu dlatego, że tak go uczą i że to zastał; na zasadzie „tak zawsze było”, więc ma być i nadal. Teraz nakazano nam wszystkim zastanowić się, dlaczego tak a tak ma być i czy powód, że od dawna tak było, wystarczy. Oczywiście kryło się w tym wielkie ryzyko; trzeba było zakwestionować tradycję w imię sensu, a to wielu ludziom odbierało podstawę, do której przywykli; poza tym sensu szukano rozmaicie. W skrajnych wypadkach dochodziło do tego, że zakwestionowano niemal wszystkie zewnętrzne elementy życia zakonnego. Czasem prowadziło to do ponownego ich odkrycia. Klasycznym przykładem jest pewien klasztor holenderski, żeński, monastyczny, gdzie w pierwszym porywie reformy zakwestionowano klauzurę, życie wspólne, habit i mnóstwo innych elementów dotychczasowego życia. Spróbowano żyć bez tego wszystkiego, w nadziei, że odrzuciwszy takie zewnętrzne rzeczy, będzie można lepiej i czytelniej realizować to, co najistotniejsze. Po jakimś czasie jednak siostry uznały, że absolutnie nie mogą realizować najistotniejszych, modlitewnych celów swojego instytutu bez możliwości skupienia, a więc trzeba było znowu zamknąć drzwi na ulicę, przestać wpuszczać gości, czyli: przywrócić klauzurę. Ubieranie się każda inaczej było uciążliwe i prowadziło do tarć we wspólnocie, więc jednolity habit okazał się lepszy. Gospodarowanie każda sobie prowadziło do strasznej straty czasu i okazało się, że o wiele lepiej i funkcjonalniej jest podzielić obowiązki, a więc przywrócić życie wspólne. I tak ta wspólnota odkryła na nowo, na własnej skórze, wartość pewnych tradycyjnych elementów życia zakonnego, które też odtąd stosowała już nie z przyzwyczajenia, ale z przekonania.

Tak więc trzeba było przede wszystkim odnowić ducha każdego zakonu. Rozesłano kwestionariusze, nad którymi miały się wszystkie wspólnoty zastanowić, potem przesłać swoje przemyślenia do władz wyższych swojego zakonu. Była to kilkuletnia powszechna konsultacja, po której następowały kapituły bądź prowincjalne, a po nich generalne, bądź w wypadku monastycznych kongregacji żeńskich od razu generalne. Niewątpliwie ten wysiłek przyczynił się do jakiegoś wielkiego odświeżenia pojęć o własnym zakonie, u tych osób w każdym razie, którym przyzwyczajenie nie mogło zastąpić zrozumienia.

Dla nas, benedyktynek, jak i zresztą dla wielu innych zakonów, był to problem jakiegoś określenia swojej tożsamości. Kim jesteśmy? I pamiętam fragmenty takiej żartobliwej litanii z tamtych czasów, które brzmiały: „Aby się raz okazało, kim my takim właściwie jesteśmy, prosimy Cię, Panie! Abyśmy w tej epoce specjalizacji nie usiłowały być wszystkim naraz (…) ”. Otóż to pytanie – kim właściwie jesteśmy – jest stosunkowo nowe. Nie znało go jeszcze wczesne średniowiecze, kiedy mnich, kim był, każdy wiedział; to była po prostu rzecz oczywista. Później, kiedy namnożyło się innych, niemonastycznych zakonów, rzecz już była nieco mniej oczywista, ale nadal jeszcze tak zwyczajna, odwieczna i niejako do całości obrazu Kościoła konieczna, że jakiejś specjalnej definicji mnicha nikt właściwie nie dawał; o swoją definicję mogły się najwyżej martwić zakony nowsze, niemonastyczne, a więc zwłaszcza żebracze. Dopiero kiedy życie monastyczne (i zresztą w ogóle wszelkie życie zakonne) zostało zakwestionowane przez XVI-wiecznych reformatorów, zaszła konieczność, żeby jakoś je określić i uzasadnić z przyczyn apologetycznych. Ta konieczność jednak nie przez wszystkich została w czasach reformacji dostrzeżona i uznana, toteż np. benedyktynki chełmińskie wcale jeszcze nie próbowały dać definicji swojej tożsamości. Po fermencie dziejowym i myślowym XVIII i XIX wieku to się już stało nieuniknione i zaczęły się mnożyć próby wytłumaczenia sobie i światu, czym jesteśmy: jedne czerpiące z myśli monastycznej, inne oparte raczej na pojęciach i terminologii nowszych zakonów, jako częściej spotykanych i bardziej zrozumiałych. Skracając tę historię: pokolenie, które myśmy zastały w klasztorze i które stanęło przed koniecznością dokonania odnowy posoborowej, miało już wśród swoich doświadczeń jedną falę poszukiwania tożsamości benedyktyńskiej, której to tożsamości doszukiwało się (w latach międzywojennych) przez kasowanie wpływów innych zakonów i przez szukanie swojego miejsca w Kościele na gruncie nowej eklezjologii. W praktyce to się sprowadzało do idei dyspozycyjności wobec hierarchii kościelnej; i pokolenie, które tę zasadę sformułowało, nie zdążyło przed wojną dopracować tej idei na tyle, żeby było wiadomo, jakie są granice tej dyspozycyjności, poza którymi byłaby już utrata monastycznej tożsamości benedyktynek. Przyszła wojna, potem mozolna powojenna odbudowa i zaraz potem spadło na nas wezwanie Kościoła do szeroko pojętej odnowy.

Były to czasy, kiedy nasze pokolenie dopiero wchodziło w życie zakonne i oczywiście zadawało mnóstwo pytań. Zabawne to może, ale prawdziwe: przecież każda kandydatka, wstępując do konkretnego klasztoru, niejako mówi starszym zakonnicom: „Chcę żyć tak, jak wy” – ale mimo to okazywało się szybko, że sama tradycja i sam przykład nie wystarczy, że człowiek potrzebuje jakiejś definicji, możliwie jasnej i adekwatnej. A z tym właśnie było trudniej, to było, jak mówiłam, jeszcze nie dopracowane, przynajmniej w języku XX wieku. Oczywiście reforma posoborowa nie wymagała od naszej Kongregacji stworzenia jakiegoś tekstu streszczającego istotę i duchowość zakonu, i taki tekst rzeczywiście nie powstał; to było zadanie rzymskiego centrum zakonu, a lokalnie ograniczono się do reformy prawa. Ale już samo ujęcie prawa musi przecież płynąć z możliwie jasnej świadomości, jaki rodzaj życia to prawo ma ustanawiać i ochraniać. Powszechne było na przykład poczucie, że należymy do bardzo starej tradycji, która wprawdzie nie mieści się w nowszym podziale na życie kontemplacyjne i czynne, ale jeśli już musi jakoś się w ten podział wtłoczyć, to bliższa jest życiu kontemplacyjnemu niż czynnemu. (Te teksty najnowszego prawa kościelnego, które traktują życie monastyczne jako coś odrębnego, jakąś trzecią rzeczywistość, sankcjonują obecnie nasze przekonanie.) Otóż tego składnika naszej tożsamości trzeba było bronić wbrew tendencjom wewnętrznym i zewnętrznym, bo po pierwsze, jak pamiętamy, przed ostatnią wojną benedyktynki polskie uważały się za zakon nauczający, po drugie zaś atmosfera lat sześćdziesiątych w Kościele polskim sprzyjała raczej rzucaniu się na łeb na szyję w działalność. Było wyraźne dążenie, oczywiście nie w nauce Kościoła, ale w praktyce ludzi Kościoła, do wciągania zakonnic w katechizację, niezależnie od ich powołania i przygotowania. Teksty prawne naszej kongregacji zostały więc tak zredagowane, żeby zachować odrębność naszej tradycji oraz wyraźny w niej prymat modlitwy, zwłaszcza liturgicznej – ale zarazem zostawić możliwość podejmowania w jakimś wymiarze działalności zewnętrznej w razie rzeczywistej możliwości i konieczności. Można było się spodziewać, że w każdym konkretnym klasztorze kongregacji ta synteza dokona się nieco inaczej, skoro ma prawo. I po części tak się właśnie stało.

Ale co z definicją naszej tożsamości i duchowości? W tekstach prawnych, nawet tych najbardziej odnowionych, oczywiście jej nie ma, bo nie do tego służą. Niemniej ten ferment posoborowy nie mógł się zadowolić samymi tekstami prawnymi, a zaowocował przede wszystkim świadomością, że każde pokolenie powinno właściwie – na gruncie tradycji oczywiście – wypracować sobie swoje własne sformułowanie powołania benedyktyńskiego. Gdyby ode mnie teraz ktoś próbował się dowiedzieć, co to właściwie znaczy być mniszką benedyktynką – odpowiedziałabym, że moje (pomału już odchodzące) pokolenie szukało natchnienia w najstarszych tekstach monastycznych, w pismach Ojców pustyni. To nie jest nic nowego; już sam św. Benedykt w regule zalecił tę lekturę, gdyż był spadkobiercą tej tradycji; a po Soborze Trydenckim także była to jedna z ulubionych lektur mniszek; ale w XIX wieku jakoś poszła w zapomnienie. Otóż jej ponowne odkrycie w naszych czasach dało niewątpliwie impuls do przypomnienia kontemplacyjnego wątku naszej tradycji. W jej więc świetle próbowałyśmy odczytać nasze tradycyjne hasło szukania Boga poprzez życie modlitwy, zwłaszcza liturgicznej; centralną ideą naszej modlitwy i liturgii jest bezinteresowność, przekonanie, że Bogu należy się miłość i kult po prostu dlatego, że jest Bogiem, a nie po to, żeby coś od Niego wyprosić. Oczywiście modlitwa błagalna i wstawiennicza jest słuszna i potrzebna, ale nie stanowi centrum naszej duchowości ani celu naszego istnienia. A jeśli chodzi o naszą rolę w Kościele, to myślę, że jest nią głównie przypominanie prawd ponadczasowych i zawsze aktualnych, tych, które nie zmieniają się pod wpływem rozwoju techniki czy wahań mody, choćby intelektualnej; przypominanie, że jest ich wiele, i że to są właśnie te najważniejsze. Niemniej możliwe są także i inne ujęcia naszej tożsamości i nie śmiałabym nikomu narzucać swojego.

Innym wielkim tematem odnowy była liturgia, a głównymi problemami – jej struktura oraz przejście na języki narodowe. Kościół zachęcał nas do tego przejścia, ale jednocześnie wyrażał także życzenie, żeby zakony monastyczne nie dopuściły do całkowitego zaniku tego wielkiego dziedzictwa kultury i duchowości chrześcijańskiej, jakim jest śpiew gregoriański. Ten wysiłek odnowy zwiększył znaczenie i rolę rzymskiego centrum zakonu, gdyż to tam wypracowano ogólne dyrektywy. Co do struktury, ułożono cztery możliwe schematy oficjum do wyboru: jednym był dotychczasowy schemat, taki jaki podaje św. Benedykt, który jednak dopuszcza wyraźnie wprowadzenie innego podziału psalmów; trzy inne były nowe; i każda kongregacja miała sobie wybrać swój. Oczywiście w różnych krajach okoliczności były różne; klasztory na Zachodzie mogły sobie od razu pisać i powielać nowe teksty w dowolnej ilości egzemplarzy na komputerach i kserografach; po tej stronie żelaznej kurtyny jakiekolwiek używanie masowych środków powielania tekstu było zabronione, gdyż mogłoby prowadzić do powielania na przykład ulotek antyrządowych. Toteż starsze siostry pamiętają jeszcze mozolne przepisywanie wszystkich innowacji na maszynie (nut oczywiście ręcznie) oraz czas, kiedy w połowie reformy liturgicznej przychodziło się na oficjum z pękiem kartek, które przy nieostrożnym ruchu fruwały po chórze. Ostatecznie udało się wspólnie, z udziałem wszystkich polskich zakonów św. Benedykta, dokonać wyboru schematu oficjum; potem wyłonić komisję, która opracowała tekst, i drugą, która podkładała melodie; i wreszcie (przy wydatnej pomocy Niemców i Szwajcarów) wydać drukiem tak nowy polski brewiarz monastyczny, jak i antyfonarz polski. W sumie ten proces odnowy liturgii trwał w Polsce około dwudziestu lat. W niektórych klasztorach jednak, zgodnie z zachętą Kościoła, zatrzymano po łacinie bądź przynajmniej nieszpory, bądź także świąteczną jutrznię i niektóre śpiewy mszalne, żeby to piękno nie zginęło w całości. Tak samo jest na Zachodzie, tyle że na przykład w kilku klasztorach francuskich łacina zjawia się właśnie w niektóre dni powszednie, a nie w święta, a to ze względu na lefebrystów, którzy inaczej naprzykrzaliby się na Mszach świątecznych swoją obecnością i demonstracjami…

Do nieprawdopodobnej legendy należą już więc czasy (zaledwie czterdzieści lat temu, czasy mojej młodości!), kiedy to nie tylko cała liturgia była łacińska, ale łacińskie były nawet wszystkie zakonne ceremonie; tak że w sobotę w refektarzu spis funkcji na następny tydzień, takich jak przewodniczenie pacierzom, usługiwanie do stołu itd., odczytywało się po łacinie; a postulantkę, która miała prosić o obłóczyny, zapytać należało rytualnie Quid petis? – i ona sama musiała nauczyć się odpowiedzieć: Misericordiam Dei et vestram confraternitatem. I mógłby ktoś powiedzieć: po tylu wiekach łaciny język ojczysty w liturgii to coś nowego! Owszem, nowe, przynajmniej w Kościele zachodnim… i przynajmniej od czasów, dziś już zapomnianych, kiedy to w Rzymie gmina chrześcijańska przestała śpiewać psalmy w istniejącym już od paru wieków przekładzie greckim, a przeszła w liturgii na swój ojczysty język, to jest na łacinę, używając najpierw przekładów improwizowanych, robionych z tejże greki, potem tzw. Vetus ltala, także z greki, a wreszcie wprowadzając Hieronimową Wulgatę, przekład z oryginału. Ale nawet gdyby język ojczysty był czymś nowym, to w każdym razie reforma liturgii jest jednym z najczęściej w historii monastycznej powracających tematów.

Dla nas więc reforma liturgiczna po Soborze była jak kolejny powrót do korzeni naszej tożsamości. Reformatorem liturgii monastycznej był w VI wieku autor naszej reguły; reformatorami tejże liturgii, nadającymi jej nowy kształt, byli i twórcy duchowości kluniackiej, i pierwsi cystersi, nie mówiąc już o założycielach innych kongregacji; reformę liturgii przeprowadziły benedyktynki chełmińskie, przyjmując brewiarz rzymski dla większego ujednolicenia praktyki w Kościele, i z kolei założycielki naszej obecnej Kongregacji, które w latach trzydziestych XX wieku przyjęły z powrotem brewiarz monastyczny dla podkreślenia tożsamości zakonu. Za każdym razem były to decyzje i zmiany wymagające bądź przepisywania, bądź w późniejszych wiekach druku, czy przynajmniej zakupu, całego wyposażenia wszystkich klasztorów w księgi liturgiczne, a więc proces mozolny i długi, wieloletni. Za każdym też razem takim zmianom, które uznano za nieuniknione, przyświecała jakaś idea centralna, która była tak ważna, że dla niej podejmowano cały ten mozół. Dla naszych czasów taką centralną ideą było potwierdzenie ważności liturgii oraz jej roli w naszym życiu wewnętrznym przez uczynienie jej zrozumiałą dla wszystkich, a więc właśnie przez użycie języka ojczystego.

Reforma prawa zakonnego przebiegała równolegle na poziomie centralnym (powstawanie nowej wersji Kodeksu Prawa Kanonicznego, z jego rozdziałami poświęconymi życiu zakonnemu) oraz na poziomie partykularnym (prawo własne poszczególnych zakonów i kongregacji). To prawo własne przybiera w naszej epoce postać konstytucji. Oczywiście opracowanie naszych konstytucji trwało długo. Trzeba bowiem liczyć nie tylko samą pracę nad nimi, dokonaną w latach sześćdziesiątych, ale także kilkunastoletni okres ich obowiązywania tymczasowego, ad experimentum, dla wypróbowania i dopracowania. Wreszcie w roku 1982 tekst posłano do Stolicy Świętej; zatwierdzenie przyszło w roku 1985, a i to jeszcze dwie kolejne kapituły generalne naszej Kongregacji były poświęcone dopracowaniu pewnych drobnych punktów (jak np. wiek emerytalny ksieni, który przesunięto z 65 na 70 lat), co oczywiście każdorazowo przedstawiano znowu Stolicy Świętej do zatwierdzenia. Ostatecznie więc posiadamy teraz tekst, który rozstrzyga wszelkie znane nam problemy i w tej formie, w której jest, na jakiś czas zapewne wystarczy… Analogicznie oczywiście przebiegała sprawa odnowy ustaw w innych polskich zakonach monastycznych.

Ogólnie biorąc, były trzy najważniejsze tematy, dotyczące prawa zakonów żeńskich i w całym Kościele wymagające zmian, których to zmian rodzaj został nam odgórnie podany przez Urząd Nauczycielski Kościoła. Mianowicie: kwestia podziału na chóry, klauzura i status prawny klasztorów żeńskich.

Chóry. Przez ponad 900 lat trwał w Kościele zachodnim podział wspólnot zakonnych na dwie klasy członków o niejednakowych prawach i obowiązkach. Z początku chodziło o to, żeby także ludziom prostym i nieuczonym umożliwić życie zakonne, niemniej ta idea szybko wyrodziła się w sankcjonowanie nierówności społecznych, a w końcu w wieku XX – kiedy analfabetów niemal już zabrakło nawet wśród tych najniżej wykształconych – stała się jawnym anachronizmem, odczuwanym jako coś niesprawiedliwego, wręcz jako zgorszenie. Zniosło ją więc ostatecznie posoborowe zarządzenie Kościoła; a przed poszczególnymi zakonami stanął problem, jak to nowe prawo wprowadzić w życie, co wcale nie było takie proste.

Chodziło o dwie sprawy: zrównanie w prawach i zrównanie w obowiązkach. To pierwsze było stosunkowo łatwe: wystarczyło ogłosić, że odtąd byłe konwerski będą siedzieć w chórze i w refektarzu w kolejności profesji, przemieszane z dawnymi „chórowymi”, oraz że mają głos w kapitule i powinny przychodzić na jej obrady. To drugie było o wiele bardziej skomplikowane. Należało bowiem rozciągnąć obowiązek uczestniczenia w całej liturgii chórowej na dotychczasowe konwerski. Otóż po pierwsze, liturgia była jeszcze wtedy łacińska – o polskiej dopiero zaczynano marzyć – i zakonnice, zwłaszcza stare, których w nowicjacie nie uczono recytacji łacińskiej, miały z nią ogromne trudności. Po drugie zaś, siostry byłego drugiego chóru były przyzwyczajone do organizowania sobie roboty w ciągu dnia bez oglądania się na dzwonki i na godziny kanoniczne, i trudno im było wdrożyć się do tak kompletnej reorganizacji czasu. Jedne zaczęły mimo to przychodzić gorliwie, inne ciągle szukały zwolnień i czuły się zagonione i obciążone ponad miarę. Tu i ówdzie więc ktoś się domagał zachowania mu na przykład dawnego miejsca w stallach, bo na jakich prawach wstąpił, na takich chce pozostać… Tu i ówdzie ktoś zapowiadał, że nie da się przenieść do pierwszego chóru, już raczej przejdzie na status oblatki… W sumie, chociaż cel był jasny i oczywisty, a osiągnięcie go było konieczne, pojawiło się mnóstwo małych trudności praktycznych, tak że potrzebny był jakiś okres przejściowy, zwłaszcza co do obowiązków, zwłaszcza w zastosowaniu do najstarszych zakonnic. Potrzebne było także indywidualne podchodzenie do każdego przypadku. Stworzono więc dużo takich indywidualnych rozwiązań problemu przez wyznaczenie każdej byłej konwersce stosownego dla niej minimum udziału w oficjum. Niektóre z nich trzymają się tego minimum do dzisiaj, inne szybko zapomniały, że kiedykolwiek były „drugim chórem”, jeszcze inne przeszły już do niebieskiego chóru, i tak proces zrównania się zakończył. W każdym razie jednak był to właśnie proces, powolny i nie całkiem bezbolesny, nie zaś załatwienie sprawy jedną uchwałą.

Klauzura. Pamiętamy, że prawo kanoniczne w roku 1917 ustaliło dwa jej typy: papieską dla mniszek i biskupią dla zgromadzeń; nazwa znaczyła, że ewentualnych pozwoleń na wyjście i wejście udziela w pierwszym przypadku tylko sama Stolica Apostolska, w drugim miejscowy biskup ordynariusz. Te z mniszek, które chciały prowadzić jakąś działalność zewnętrzną, mogły przyjąć klauzurę biskupią, ale tym samym traciły prawo do składania ślubów uroczystych. W roku 1950 zmodyfikowano to prawo, wprowadzając podział klauzury papieskiej na tzw. większą i mniejszą; większa to była taka, jak poprzednio, a mniejsza dopuszczała wychodzenie do pomieszczeń przeznaczonych na prowadzenie dzieł (np. do szkoły); przy obu tych rodzajach klauzury można było składać śluby uroczyste. Po soborze najpierw odłączono kwestię rodzaju ślubów od rodzaju klauzury; potem w roku 1983 wprowadzono dla mniszek możliwość przyjęcia trzeciego rodzaju klauzury, mianowicie klauzury konstytucyjnej, czyli określanej przez własne konstytucje. To rozwiązywało problem wielu kongregacji takich jak nasza, które przyznawały się do tradycji monastycznej i w niej widziały swoją tożsamość, ale z racji warunków zewnętrznych nie miały możności zachowywania klauzury papieskiej, nawet mniejszej, gdyż potrzebowałyby od niej mnóstwa dyspens (na przykład do pracy w polu).

Wreszcie najnowsze ujęcie prawne, podane w roku 1999 w instrukcji Verbi sponsa, ustanawia dla klasztorów mniszek dwa rodzaje klauzury: papieską i konstytucyjną. Przełomowe w tej instrukcji jest to, że nazwa „papieska” nie oznacza już, że jedynie Stolica Apostolska może decydować o ewentualnych (oczywiście rzadkich) dyspensach, a tylko, że Stolica Apostolska określiła od siebie zasady i formę tej klauzury; codzienne zaś jej pilnowanie i ewentualne udzielanie dyspens należy do przełożonej lokalnej, przynajmniej o ile nie chodzi o przedłużoną nieobecność mniszki w klauzurze. Określenia „papieska” i „konstytucyjna” dotyczą więc już oba równolegle autorytetu, który konkretne przepisy klauzury ustalił, nie zaś władzy, która pilnuje ich zachowania.

Status prawny. Jest jeszcze jedna idea, która w dzisiejszym prawie kościelnym dotyczącym mniszek jest bardzo wyraźna: Stolica Apostolska zachęca je, jeśli nie wręcz zmusza, do samorządu. Klasztory żeńskie mogą mieć wprawdzie wizytatorów, ale ci są już raczej asystentami, a nie są przełożonymi, jak dawniej; same natomiast powinny łączyć się w kongregacje, które by miały własne władze, a nie podlegać prowincjałom, generałom czy innym przedstawicielom swoich zakonów męskich. Tym samym nie obowiązuje już zasada, że jedna przełożona nie może rządzić więcej niż jednym klasztorem; zasada, o którą swojego czasu rozbiła się centralizacja kongregacji chełmińskiej. Obecnie nawet te zakony żeńskie, dla których zależność od prowincjałów była jednym z elementów tożsamości, na życzenie Stolicy Apostolskiej tworzą niezależne od władz męskich kongregacje lub federacje i rządzą się w nich same. Jest to niewątpliwie promocja kobiety w Kościele, tyle że mało znana, skoro o ustroju zakonów mniszek świeccy nic nie wiedzą.

Osobny casus stanowi zakon cysterski, gdzie mniszki nie oderwały się od gałęzi męskiej, ale zostały do niej przyłączone na równych prawach; tak, że kiedy odbywa się kongres opatów, ksienie biorą w nim udział z takim samym głosem jak oni. W konfederacji natomiast benedyktyńskiej, jak pamiętamy, mniszki miały i mają status tylko członków agregowanych, nie zaś pełnoprawnych; ale w tym statusie od mniej więcej pół wieku zachodzi wyraźna ewolucja. W roku 1968 opat prymas Rembert Weakland przeprowadził przez synod opatów prezesów uchwałę, by u jego boku powstała komisja dla benedyktynek jako ciało doradcze; a właściwie dwie komisje, jedna dla mniszek, druga dla sióstr, czyli dla zgromadzeń czynnych. Z początku obie te komisje składały się po równo z mężczyzn i kobiet i zbierały się u opata prymasa osobno. W roku 1972 tenże synod opatów prezesów ustalił, żeby odtąd na kongresy opatów zapraszać mniszki i siostry w roli obserwatorek: zapraszane miały być członkinie komisji oraz kilka przełożonych generalnych. W roku 1980 na jubileuszowy kongres opatów zaproszono „aż” 55 przełożonych, tak mniszek jak i sióstr, które tym samym po raz pierwszy spotkały się razem. W latach następnych obie komisje kilkakrotnie obradowały łącznie, aż wreszcie w 1988 zostały już oficjalnie połączone w jedną komisję dla benedyktynek. Stworzono statut tej komisji i odtąd miała ona regularne coroczne spotkania. Na czele komisji stoi od roku 1997 tzw. moderatorka, którą od początku do dzisiaj jest m. Maire Hickey, Irlandka, ksieni niemieckiego klasztoru w Dinklage.

Przez cały ten czas narasta problem, co dalej. Rozważanych możliwości jest kilka. Albo trwać nadal na tym samym statusie agregowanych członkiń konfederacji męskiej, albo starać się o większe prawa wewnątrz tej konfederacji, albo też utworzyć własną konfederację żeńską. Mnóstwo inicjatyw musi rozbić się o brak funduszy, gdyż klasztory żeńskie są o wiele uboższe niż męskie i ta centralna komisja nie ma żadnego stałego uposażenia, które by jej pozwalało realizować projekty. Nie ma nawet siedziby, analogicznej do San Anselmo, chociaż dla studiujących w Rzymie benedyktynek istnieje już osobny dom pod wezwaniem św. Lioby. Na razie dla wszystkich na świecie kobiet żyjących według reguły św. Benedykta i reprezentowanych w komisji wynaleziono nazwę: Communio. Nie jest to więc zakon w ścisłym słowa znaczeniu, gdyż nie ma władz centralnych; przeciwnie, podkreśla się nadal autonomię poszczególnych domów, kongregacji i zgromadzeń. Jest to jednak jakaś wspólnota, i ta wspólnota zdecydowanie w naszych czasach ewoluuje; dalszych stadiów tej ewolucji niektóre z nas może dożyją.

Połączenie mniszek i sióstr w jedną komisję wykazuje, że dla dzisiejszego naszego sposobu widzenia bardziej istotne jest życie według tej samej reguły niż konkretny styl jej realizowania i interpretacji. Oczywiście mógłby ktoś zapytać, co to w takim razie jest w naszych czasach życie monastyczne: bo jeśli rozstrzyga styl życia kontemplacyjny, to w tej definicji z trudem by się zmieścił niejeden klasztor benedyktynów i cystersów, i oczywiście nie mieszczą się zgromadzenia. A jeśli rozstrzyga reguła benedyktyńska, to nie mieszczą się kartuzi (!), nie mówiąc już o mnichach wschodnich. Może więc należałoby powiedzieć, że rozstrzyga przynależność do jednej z reguł monastycznych i uczynienie z niej przynajmniej podstawy swojej duchowości.

Między życiem benedyktyńskim żeńskim kontemplacyjnym a czynnym są obecnie w różnych krajach różne proporcje. W Polsce sióstr jest niewątpliwie więcej niż mniszek, tak samo jest w Stanach Zjednoczonych i w Belgii. We Francji, w Anglii, w Niemczech przewagę mają mniszki. Są to kraje, w których w ogóle zrozumienie dla życia zakonnego czynnego maleje, gdyż tą samą posługą szkolną, szpitalną lub socjalną zajmują się wyspecjalizowane zespoły świeckie i nie jest to już kwestia spontanicznej dobroczynności, ale ścisłego obowiązku państwa. Ale biorąc Francję jako przykład: benedyktynki w Pradines narzekają, że ich liczba zmalała, bo jest ich w klasztorze tylko 70… gdy przedtem było ponad sto. A ile jest domów benedyktynek we Francji? Trzydzieści osiem, plus dwa domy kamedułek, nadto jeszcze trzy klasztory francuskich benedyktynek w Ziemi Świętej i kilka fundacji w krajach misyjnych. Oczywiście i tam są wspólnoty duże i małe, ale jednak widać, że powołań monastycznych nadal nie brak. W ogóle wszystkie francuskie zakony kontemplacyjne trwają chociaż tu i ówdzie jakiś pojedynczy dom zamknięto. Kiedy u nas w Polsce zjeżdżają się w Częstochowie przełożone wszystkich żeńskich klasztorów kontemplacyjnych, jest ich około setki i mieszczą się znakomicie w Domu Pielgrzyma. Analogicznego zjazdu we Francji żaden dom gościnny czy rekolekcyjny by nie pomieścił, toteż kraj podzielony jest na rejony, które odbywają zjazdy każdy osobno, a na zjazd centralny wysyłają tylko reprezentantki, i tych i tak jest jeszcze co najmniej setka…


Fragment książki Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócie. O autorce: Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wiekuCzarna owcaSześć prawd wiary oraz ich skutki, Ryk OślicyTwarze Ojców Pustynitłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.

Słuchaj, synu, nauk mistrza…

Od jakiegoś czasu regularnie publikujemy materiały audio na profilach Apple Podcasts oraz Spotify. Jest to kolejne narzędzie, dzięki któremu docieramy do naszych słuchaczy i czytelników…

Posłuchaj

Newsletter

Zapisz się do naszej listy mailingowej.

Dziękujemy! Za parę minut otrzymasz e-maila z linkiem potwierdzającym subskrypcję...

Coś poszło nie tak...

Darmowy e-book
Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position