Św. Benedykt mąż Boży i pedagog

  • 19 sierpnia 2019

Św. Benedykt mąż Boży i pedagog

Pewnego dnia w roku 525 Benedykt z paroma uczniami wspinał się na górę Cassino. Już miał za sobą doświadczenie życia pustelniczego, doświadczenie w rządzeniu klasztorami i doświadczenie w kierownictwie dusz z ich dobrą wolą i słabościami.

Tam, na szczycie góry, po cierpliwym i długotrwałym dojrzewaniu swej myśli zrealizował swój projekt autentycznego cenobityzmu we wspólnym praktykowaniu życia doskonałego według rad ewangelicznych, i to w obszernym klasztorze pod jednym zwierzchnikiem.

Już podczas okresu pustelniczego i później, w latach przełożeństwa na pierwszej fundacji w Subiaco, poza gruntownym rozważaniem Pisma świętego, Benedykt miał możność zapoznania się z Regułą św. Bazylego dla mnichów wschodnich. Dzięki Kasjanowi poznał żywoty anachoretów z Egiptu. Oprócz tego znał sporo dzieł Ojców Kościoła, między innymi św. Ambrożego, Leona Wielkiego, Hieronima i innych. Zaledwie sto lat lub nawet mniej dzieliło go od tych wielkich postaci ery Konstantyna Wielkiego. Wreszcie niemało czerpał i nieraz przytaczał różne fragmenty z Reguły Mistrza (Regula Magistri).

Co wiemy o św. Benedykcie? Właściwie niewiele. Papież Grzegorz Wielki w swoich Dialogach pomiędzy żywotami różnych świątobliwych osób umieścił i jego życiorys, ale pomieszanie wydarzeń historycznych i legendarnych opowieści nie ułatwia rozróżnienia prawdy od fantazji. Nie oznacza to, że życiorys ten pozbawiony jest wszelkiej wartości. Sama osobowość wielkiego papieża, który zanim stanął na czele Kościoła, był prefektem miasta, potem mnichem w Rzymie, stanowi solidną rękojmię. Urodził się on w roku 540, czyli jeszcze za życia św. Benedykta. W prologu tego życiorysu Grzegorz podaje nam swoje źródła. Osobiście znał trzech pierwszych opatów z Cassino, bezpośrednich następców Benedykta. Niemniej, dostatecznie wyraźny obraz Patriarchy mnichów zachodnich zawiera się w samej Regule. Wypróbowane codziennym doświadczeniem przepisy i ostrzeżenia zachowują roztropną równowagę, która zapewnia tejże Regule trwałą siłę, zdatną do kształtowania pokoleń mnichów i świętych przez czternaście wieków. Wraz ze swoją Regułą opaci i mnisi z Monte Cassino rozpowszechnią w Europie i później po całym świecie zasady, które stały się fermentem doskonalącym jednostki i społeczeństwa.

Na końcu swej Reguły św. Benedykt nazywa ją skromną regułą dla początkujących. Niemniej ta „skromna reguła”, jak wszystko, co pochodzi z natchnienia Bożego, posiada w sobie moc i nieprzemijającą mądrość. Dzięki niej odkrywamy geniusz Świętego. Spośród różnych reguł Benedykt wydobył to, co istotne, pomijając to, co drugorzędne. Przepojony umysłowością grecko-łacińską, unikał tego, co w regułach wschodnich byłoby nieodpowiednie dla zachodniej mentalności, lecz w uzasadnionych wypadkach zachował pewną surowość. „Nie ustanowimy nic surowego ani nazbyt trudnego. Jeśli jednak niekiedy dla naprawienia błędów i zachowania miłości, tam gdzie sprawiedliwość i rozsądek tego wymagają, okażemy się nieco bardziej surowi, nie uciekaj od razu przejęty strachem z drogi zbawienia, bo wejść na nią można tylko ciasną bramą” (Prolog).

Czternaście wieków dzieli nas od czasów św. Benedykta. Czy ta ogromna przestrzeń w czasie nie stanowi przeszkody, by pojąć całą zawartość tego wiekowego tekstu? W encyklice Fulgens radiatur z 21 marca 1947 roku, z okazji 1400-lecia zgonu św. Benedykta, papież Pius XII podkreślił aktualność posłannictwa wielkiego zakonodawcy, które powstało w trudnych i groźnych czasach dla ówczesnego Kościoła. Dziś zaś Europa, świat cały i sam Kościół przechodzą okres przełomowy, w którym, tak jak ongiś, Regula monachorum powinna służyć jako narzędzie odbudowy.

Papież Paweł VI 24 października 1964 roku, w czasie trwania Soboru Watykańskiego II, uroczyście ogłosił św. Benedykta głównym patronem Europy. Uznał wybitnego męża minionych czasów „zwiastunem pokoju, sprawcą zjednoczenia, mistrzem wychowania obywatelskiego, a przede wszystkim apostołem wiary chrześcijańskiej i organizatorem życia mniszego na Zachodzie”. Papież szczególnie miał na myśli czasy obecne i przyszłe, myślał o tej Europie, która doznała katastrofalnego wstrząsu i do tej pory poszukuje swej utraconej równowagi. Chciał nie tyle przypomnieć wybitną postać minionych czasów, ile podkreślić rolę klasztorów benedyktyńskich w obecnym świecie. Nie jest już ich zadaniem zapobieganie brakom społecznym i umysłowym, jak to miało miejsce po napadach barbarzyńców. Dzisiejsze niebezpieczeństwa zagrażają raczej życiu wewnętrznemu człowieka. Brak dziś człowiekowi milczenia, modlitwy, porządku, pokoju. Dodajmy powszechne i gorączkowe podniecenie, powierzchowność i mnóstwo innych niebezpieczeństw. Pod tym względem Reguła i duch św. Benedykta nie straciły swej aktualności. Zakres ich oddziaływania przestał się ograniczać do samej Europy i dosięga także innych kontynentów. Obecnie i w Ameryce, w Azji i w Afryce ideał monastyczny stale się rozwija.

Zamierzam tu podkreślić kilka aspektów, które, moim zdaniem, wskazują na aktualność ducha benedyktyńskiego. Oczywiście wcale nie wyczerpują one całego bogactwa zawartego w Regule.

W poszukiwaniu Absolutu

To poszukiwanie zaczęło się, kiedy młody Benedykt, „pragnąc tylko Bogu się podobać”, opuścił zepsute środowisko rzymskiej młodzieży i – jak pisze św. Grzegorz – „odszedł pełen wiedzy, choć bez wykształcenia, nieuczony, lecz wiedziony przez mądrość”. Te słowa słynnego biografa św. Benedykta znakomicie określają jego sylwetkę. Będzie mężem Bożym w pełnym tego słowa znaczeniu. Zamieszka w nim Duch Boży, a całe jego postępowanie będzie ożywione przez tę wewnętrzną obecność. Benedykt posiada moc cudotwórczą, ale przede wszystkim w jego duszy panuje pokój i ani prześladowania zazdrosnego Florencjusza, ani grożąca zagładą obecność Gotów, ani fortele króla Totyli nie zachwieją tego pokoju.

W Regule występuje znamienne zdanie streszczające całą postawę duchową Benedykta, która powinna charakteryzować prawdziwego mnicha. Mówiąc o starszym, który ma mieć pod opieką nowicjuszów, czyli o mistrzu nowicjatu, żąda od niego, aby najstaranniej wybadał kandydata, czy „prawdziwie szuka Boga, czy jest gorliwy w służbie Bożej, w posłuszeństwie, w znoszeniu upokorzeń” (LVIII). Może kandydat będzie zachwycony pięknem liturgii, śpiewem gregoriańskim, poezją życia monastycznego, tym, co francuski pisarz J. Huysmans nazywał: „luksusem dla Boga”, może sama confraternitas będzie go zachęcać. Nie! Bóg i tylko Bóg ma być główną pobudką jego decyzji.

Widać, że św. Benedykt troszczy się u swoich synów o autentyzm; nie chce mieć uczniów, którzy „swoją tonsurą jawnie kłamią Bogu” (I).

Od zarania swego powołania św. Benedykt chciał podobać się samemu Panu Bogu. Św. Paweł używa tych samych słów pisząc do chrześcijańskiej wspólnoty w Kolosach: „Abyście już postępowali w sposób godny Pana, w pełni Mu się podobając” (Kol 1, 10). Otóż Apostoł pisał do zwykłych chrześcijan żyjących w świecie. Mnich natomiast wyrzeka się dóbr ziemskich, małżeństwa i osobistej niezależności, czyli różnych rzeczy i stanów, które same w sobie są dobre, aby wybrać to, co jest lepsze. Chodzi o poświęcenie się Bogu wykluczające to, co przejściowe. Życie mnicha przybiera to, co moglibyśmy nazwać wymiarem pionowym, co nie przeszkadza – historia monastyczna to potwierdza – że mnisi potrafili (i dziś jeszcze potrafią) jednocześnie zajmować się najrozmaitszymi dziełami, lecz zawsze Bóg zostaje dla nich istotną Rzeczywistością. Mnich zmierza ku Absolutowi, a nie ku obrazom Absolutu. Do głębi jest on przekonany o wyższości Boga, ale z tego powodu nie pogardza niczym, co wyszło z rąk Bożych. Z tego wynika, że życie mnicha nie mierzy się według kryteriów ludzkiej wydajności.

W całej Regule to poszukiwanie Boga jest widoczne. Już w Prologu św. Benedykt zaznacza, i to nie bez powodu, że chodzi o urządzenie „szkoły służby Pańskiej”. Mnich lub opat ustawicznie ma pamiętać, że „czyny jego w każdym miejscu rozgrywają się przed oczami Bożymi” (VII). „Wierzymy, że Bóg jest wszędzie obecny i że oczy Pana na każdym miejscu patrzą na dobrych i złych” (XIX). To zbliżanie się do Boga w życiu mnicha urzeczywistnia się stopniowo przez samo zachowanie przepisów i praktykowanie posłuszeństwa: „Gdy tylko przełożony wyda jakieś polecenie, (…) tak jak gdyby sam Bóg rozkazywał” (V) i w spełnianiu codziennych obowiązków pod warunkiem, że to się odbywa w klimacie nadprzyrodzonym.

Służba Boża

Wśród rozmaitych czynności w życiu klasztoru służba Boża w najwyższym stopniu uwydatnia Jego pierwszeństwo. Sam fakt, że św. Benedykt poświęca aż trzynaście rozdziałów swej Reguły ułożeniu służby Bożej, powinien nas przekonać o jej dostojeństwie. Święty wchodzi tu w szczegóły ze swą znamienną dokładnością nie pozostawiając poczynaniom indywidualnym sprawy uporządkowania godzin wspólnej modlitwy. Robi jeden wyjątek, kiedy chodzi o samo ułożenie psalmów, o czym będzie mowa później.

Sama wiara wytwarza odpowiednią atmosferę, czyli głębokie poczucie obecności i wielkości Boga, z czego wynikają święta bojaźń i głęboki szacunek, stąd na końcu rozdziału dziewiętnastego ta trafna uwaga: „Tak śpiewajmy psalmy, aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta”. Znowu stwierdzamy wymaganie autentyzmu u św. Benedykta.

Oficjum zajmuje uprzywilejowane miejsce w życiu mnicha. Można powiedzieć, że godziny kanoniczne nadają rytm życiu codziennemu wspólnoty i wtedy treściwe i zwięzłe zdanie św. Benedykta posiada szczególne znaczenie: „Nic nie może być ważniejsze od służby Bożej” (XLIII), zresztą częstokroć św. Benedykt o niej wspomina, kiedy mowa jest o porządku i zajęciach domowych.

Na pewno w tamtych czasach życie liturgiczne nie było tak systematycznie ujęte jak obecnie. Cykl liturgiczny był mniej naładowany, jeżeli jednak weźmiemy do rąk dzieła Ojców Kościoła z IV i V wieku, zobaczymy, że prawie całe ich nauczanie obracało się około głównych tajemnic, czyli Wcielenia i Odkupienia. Oczywiście, centralne miejsce zajmowało Misterium Paschalne. To tłumaczy troskliwość, z jaką św. Benedykt chciał przygotować swoich synów do tych świąt. Rozdział czterdziesty dziewiąty poświęca on sprawie zachowania czterdziestodniowego postu poprzedzającego Wielkanoc. Zachęca swoich uczniów do gruntownego przygotowania. Jest to okres większej hojności w dawaniu siebie samego, ściślejszego postu i oczyszczenia, okres wystrzegania się wszelkich błędów. „Oddamy się modlitwie zmieszanej ze łzami, czytaniu, skrusze serca i wstrzemięźliwości”. Ta compunctio cordis mocno jest podkreślona w duchowości pierwszych wieków chrześcijańskich, a zwłaszcza w Kościele Wschodnim. Ale ten czas pokuty ma na celu pełną radość Zmartwychwstania Pańskiego. Mimo postu i łez żalu mnich „niech wygląda świętej Paschy pełen duchowej radości i tęsknoty”.

Głównym źródłem czytań i nauk w oficjum jest Pismo święte. Na podstawie Reguły możemy stwierdzić, jak Benedykt obeznany był z księgami Starego i Nowego Testamentu. Reguła zawiera około stu trzydziestu fragmentów z Pisma świętego. Nie zawsze są one dosłowne, często cytowane z pamięci, co świadczy, że święty nasz Ojciec przepojony był Pismem świętym.

W oficjum ułożonym przez Benedykta znajdujemy różne rubryki stosowane w Kościele Rzymskim, również zarodek ceremoniału w odprawianiu wspólnej modlitwy kościelnej. Na „Chwała Ojcu” na zakończenie psalmów „niech wszyscy wstaną z ławek, by okazać cześć i szacunek Trójcy Świętej” (IX). W jutrzniach niedzielnych i świątecznych po czwartym responsorium intonuje opat hymn: „Ciebie, Boże, chwalimy”, po odśpiewaniu którego odczytuje Ewangelię, „a w tym czasie wszyscy stoją pełni czci i bojaźni” (XI).

W rozdziale czterdziestym siódmym: „Psalmy i antyfony niech zaczynają po opacie kolejno ci mnisi, którym to zlecono. Śpiewać zaś albo czytać ten tylko może się ośmielić, kto jest w stanie wypełnić to zadanie ku zbudowaniu słuchaczy. A niechaj czyni to z pokorą, powagą, bojaźnią i jedynie na rozkaz opata”.

Mnisi mają mieć w pamięci i w sercu, że Bóg wszędzie jest obecny. „W sposób szczególny jednak powinniśmy mieć to niewzruszone przekonanie wówczas, gdy uczestniczymy w służbie Bożej” (XIX).

Św. Benedykt nie zostawił swoim synom jakiejś metody modlitwy, gdy chodzi o modlitwę osobistą. Niemniej daje on kilka cennych wskazówek, które znowu ukazują jego troskę o autentyzm. W rozdziale dwudziestym „O czci należnej Bogu podczas modlitwy” kładzie nacisk na pokorę, z jaką mamy się zbliżać do Boga. Benedykt nie uznaje wielomówstwa: „Nie wielomówstwo, lecz tylko czystość serca i Izy skruchy zasługują w oczach Boga na wysłuchanie”. Jako doświadczony znawca problemu modlitwy dodaje: „Dlatego też modlitwa powinna być krótka i czysta, chyba że natchnienie łaski Bożej skłoni nas do jej przedłużenia. Wspólna jednak modlitwa niech będzie zawsze krótka”. Można by sądzić, że św. Benedykt bierze pod uwagę średnie możliwości całego zespołu.

Chrystocentryzm Reguły

W perspektywie czysto nadprzyrodzonej św. Benedykt buduje całą duchowość i ascezę życia monastycznego na Osobie Chrystusa Pana. Od Prologu do ostatniego rozdziału stale wraca postać Chrystusa czy to jako ideał, do którego mnich ma dążyć, czy jako wzór postępowania. W krótkim zdaniu Benedykt podaje najważniejsze hasło w życiu mnicha: „Niczego nie przekładać nad miłość Chrystusa” (IV).

Kto się zgłasza do klasztoru, musi przyobiecać służyć Chrystusowi, prawdziwemu Królowi. „Przepasawszy (…) biodra wiarą i pełnieniem dobrych uczynków podążajmy ścieżkami Pana za przewodem Ewangelii”. Święty kończy swój Prolog: „Tak nie odstępując nigdy od nauki Pana, w Jego prawdzie wytrwajmy w klasztorze aż do śmierci, abyśmy przez cierpliwość stali się uczestnikami męki Chrystusowej i zasłużyli na udział w Jego Królestwie”.

Przede wszystkim mnich widzi Chrystusa w swoim opacie. Benedykt wyraźnie to stwierdza: „Wiara widzi w nim w klasztorze zastępcę Chrystusa” (II). Również w rozdziale sześćdziesiątym trzecim: „Opata natomiast, ponieważ wiara widzi w nim zastępcę Chrystusa, należy nazywać »dominus« i »abbas« (panem i opatem), nie jakoby on tego dla siebie żądał, lecz jako wyraz czci i miłości dla Chrystusa. Opat też sam musi o tym pamiętać i tak postępować, by okazać się tej czci godnym”.

Chrystus w osobie przychodzących gości: „Wszystkich przychodzących do klasztoru gości należy przyjmować jak Chrystusa, gdyż On sam powie: »Gościem byłem i przyjęliście Mnie«” i nieco dalej: „Oddajemy cześć Chrystusowi, którego przyjmujemy w ich osobach” (LIII).

Chrystus w osobie ubogich i pielgrzymów: „Z największą troskliwością należy przyjmować ubogich i pielgrzymów, ponieważ w nich to przede wszystkim przyjmujemy Chrystusa. Ludziom bogatym sama ich pozycja zapewnia zawsze szacunek” (LIII). Cały ten rozdział dość obszernie opisuje ceremoniał przyjmowania gości, który dziś może się wydawać zbyt skomplikowany i przesadny. Jedynie duch wiary tłumaczy podobne postępowanie.

Chrystus w osobie chorych braci: „O chorych należy troszczyć się przede wszystkim i ponad wszystko” – te nalegania są bardzo wymowne – i „służyć im rzeczywiście tak jak Chrystusowi, bo On sam powiedział: »Byłem chory, a odwiedziliście Mnie« oraz: »Coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili«” (XXXVI). I tutaj św. Benedykt przestrzega opata, aby z największym staraniem o nich dbał: „Na niego bowiem spada odpowiedzialność za wszystkie winy uczniów”.

Wreszcie w rozdziale siedemdziesiątym drugim „O dobrej gorliwości, jaką mnisi mieć powinni” św. Benedykt pisze: „Niechaj nic nigdy nie będzie dla nich ważniejsze od Chrystusa, który oby nas razem raczył doprowadzić do życia wiecznego”.

Dla św. Benedykta Chrystus jest podporą ideału monastycznego. Do Niego mnich ma dążyć jako do celu swego życia, jako do jedynego wzoru. Nie bez powodu sławny biskup i kaznodzieja francuski, Jacques-Benigne Bossuet, głosił, że „Reguła św. Benedykta jest streszczeniem chrześcijaństwa, mądrym i tajemniczym skrótem całej nauki ewangelicznej, wszystkich ustanowień Ojców świętych i wszystkich rad doskonałości”.

Mistrz kulturalnej grzeczności i szacunku

Benedykt opuścił Rzym będąc jeszcze młodzieńcem, nie mając innego pragnienia, jak odpowiedzieć na wewnętrzne wołanie jak ongiś Abraham: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12, 1). Poszedł Benedykt, a droga zaprowadziła go do jaskini w górach Subiaco. Po trzech latach samotności rozgłos jego budującego życia rozszerzył się po okolicach aż do Rzymu. Młodzież i dorośli, zamożni i biedni, wykształceni i ludzie prości szli do niego spragnieni jego nauki. Pustelnik musiał nimi kierować w sprawach Bożych, założył więc dwanaście małych klasztorów w samym Subiaco, lecz nienawiść i ustawiczne prześladowania zazdrosnego kapłana Florencjusza zaczęły burzyć spokój jego trzody do tego stopnia, że Benedykt opuścił to miejsce i ze swymi uczniami powędrował aż do góry Cassino. Tam dopiero dane mu było założyć obszerny klasztor i wkrótce stał się ojcem licznych synów, podobnie jak Antoni, Pachomiusz, Bazyli, Augustyn.

Przy czytaniu rozdziału drugiego „Jaki powinien być opat” można przekonać się, z jaką doświadczoną mądrością Benedykt podkreśla nieodzowne zalety potrzebne do rządzenia klasztorem.

„Niech (opat) wie, jak trudnej i ciężkiej sprawy się podjął: rządzić duszami i służyć wielu w dążeniu do naprawy obyczajów. Jednego» musi łagodnie zachęcać, drugiego ganić, innego jeszcze przekonywać. Niechaj do wszystkich tak dopasuje się i przystosuje, zależnie od charakteru i inteligencji każdego, aby powierzona mu trzoda nie tylko nie doznała uszczerbku, lecz nawet cieszyła go jeszcze swoim postępem w dobrem”. Jak ojciec rodziny „nie powinien nikogo w klasztorze wyróżniać (…). Wolno urodzonemu nie należy przyznawać żadnego pierwszeństwa przed tym, który wstąpił do klasztoru jako niewolnik”. Wiemy, że już w Subiaco i później w Cassino wstępowali do klasztoru młodzi patrycjusze, jak Maur i Placyd, którzy wynieśli z domu zasady dobrego wychowania wraz z kulturą grecko-rzymską. Byli również mnisi z prostego stanu, z pochodzenia barbarzyńcy jak ów Got „ubogi duchem”, który „prosił o dopuszczenie do życia wspólnego, a mąż Boży, Benedykt przyjął go bardzo serdecznie” (Dialogi II, 6).

W początkach VI wieku upadek imperium rzymskiego i najazdy barbarzyńców doprowadziły do wymieszania narodów i ras. Benedykt to dostrzegł i szeroko otworzył swój klasztor wszystkim, którzy pragnęli poświęcić się Panu Bogu. Nie chciał, aby w klasztorze istniało zróżnicowanie według rasy i pochodzenia. Niemniej to współżycie musiało nieraz wywoływać nieporozumienia i konflikty. Cywilizowany i dobrze wychowany rzymski obywatel bez wątpienia przykro odczuwał prostactwo nieokrzesanego Gota, ale tutaj Benedykt postępował po mistrzowsku.

Zdawał sobie sprawę, że bez pewnych ścisłych przepisów wspólne życie w klasztorze stanie się szybko nie do zniesienia. Członkowie wspólnoty ustawicznie się spotykają podczas służby Bożej czy w refektarzu itp. Stąd nasuwała się konieczność zachowania między braćmi grzeczności, czyli uprzejmości, a więc unikania tego, co by mogło drażnić lub sprawiać zamieszanie.

Nie bez powodu w rozdziale sześćdziesiątym trzecim „O kolejności miejsc we wspólnocie” św. Benedykt pisze, że „bracia mają zachować w klasztorze to miejsce, jakie wynika z czasu ich wstąpienia, na jakie zasłużyli swoim życiem i jakie przydzielił im opat. Opat jednak nie powinien niepokoić powierzonej sobie trzody”. Benedykt wchodzi w szczegóły: „Niech bracia przystępują do pocałunku pokoju, do Komuna świętej, zaczynają psalmy i zajmują miejsca w chórze zgodnie z kolejnością ustaloną przez opata lub przysługującą im na zasadzie dnia wstąpienia”. „To drobiazgowość” – powie ktoś. Może, ale doświadczony zakonodawca wiedział, że życie wspólne utkane jest z drobnych czynności, które dla zachowania pokoju powinny ze sobą harmonizować. W tym samym rozdziale czytamy: „Zwracając się do drugiego po imieniu nikomu nie wolno posłużyć się samym tylko imieniem, lecz starsi powinni mówić do młodszych »bracia«, młodsi zaś do starszych (…) »czcigodni ojcowie«. (…) Gdziekolwiek by się bracia spotkali, niechaj młodszy prosi starszego o błogosławieństwo. Jeśli  starszy przechodzi, młodszy powinien wstać i ustąpić mu miejsca siedzącego. Nie godzi się też młodszemu usiąść ponownie, zanim go starszy nie zaprosi. W ten sposób wypełniamy zalecenia Pisma świętego: »W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie«”.

Żyjemy w innych czasach, ale wtedy na Monte Cassino, jak i dziś, byli tacy, którzy potrzebowali elementarza dobrego wychowania. Polecenia św. Benedykta nic nie straciły ze swej słuszności. Zapewne same oznaki grzeczności można by inaczej wyrażać, lecz zasada pozostaje nienaruszona. Gdzie się tych reguł uprzejmości nie przestrzega, tam warunki życia stają się nieznośne.

W rozdziale siedemdziesiątym czytamy: „Nie można dopuścić, by w klasztorze ktokolwiek ośmielał się rządzić na własną rękę. Dlatego też postanawiamy, że nikomu nie wolno karać wyłączeniem lub chłostą któregokolwiek ze współbraci, chyba że upoważni go do tego opat”. Jeszcze w rozdziale sześćdziesiątym szóstym „O furtianach klasztornych” św. Benedykt domaga się: „Przy furcie klasztornej trzeba postawić roztropnego starca, który by potrafił zarówno przyjąć wiadomość, jak udzielić odpowiedzi i którego dojrzałość powstrzyma od włóczenia się na zewnątrz. Niechaj furtian ma celę blisko furty, aby przybywający mogli go zawsze znaleźć na miejscu i od razu dostać odpowiedź. A gdy tylko ktoś zapuka lub ubogi zawoła, niech odpowie »Bogu niech będą dzięki« albo »Pobłogosław mnie« i zaraz udzieli wyjaśnienia z całą łagodnością zrodzoną z bo jaźni Bożej i z gorliwą miłością”. Ta pośpieszna usłużność należy do samej funkcji furtiana; w tym, co pisze Benedykt, tkwi jego troska o uprzejmość.

Grzeczność i zachowanie ogłady wymagają niemałej ascezy, czyli panowania nad swymi nerwami i spontanicznymi reakcjami, a także nad wrodzonym egoizmem. Jak już powiedziałem, życie wspólne w klasztorze suponuje częstsze kontakty między ludźmi posiadającymi odrębne temperamenty, wykształcenie, uzdolnienia i zainteresowania. Trzeba z tym wszystkim się liczyć, aby nikogo nie urazić i z każdym zachować pokój.

Św. Benedykt nie zadowala się zewnętrznym zachowaniem oznak grzeczności. Jak już mogliśmy to zaobserwować, żąda on od swoich synów autentyzmu w postępowaniu i uczuciach; stąd grzeczność powinna być szczera i nieobłudna. Stanowi jedynie stronę zewnętrzną ludzkich stosunków, natomiast szacunek sięga głębiej. Człowiek przez to samo, że jest istotą rozumną, obdarzoną duszą nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, zasługuje na szacunek, obojętnie, kim jest, bogaty czy ubogi, sympatyczny czy antypatyczny, stary lub młody. I tutaj również Benedykt zostawił nam trafne przestrogi. W czwartym rozdziale „Jakie są narzędzia dobrych uczynków” znajdujemy dwa krótkie zdania, które przedstawiają, jaki klimat powinien panować wśród członków zgromadzenia: „Starszych szanować. Młodszych miłować”.

W przedostatnim rozdziale swej Reguły, który został napisany po długim doświadczeniu, św. Benedykt daje cały szereg niezmiernie trafnych i praktycznych zaleceń. „Aby w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedali”.

Niech słabości swoje duchowe i cielesne znoszą cierpliwie”. Trafiany tu w sedno przykazania miłości bliźniego. U Św. Benedykta przysłówki są zawsze wieloznaczące. Czyżby to patientissime – „najcierpliwiej” – nie stanowiło ostatecznego prawidła życia wspólnego w zgromadzeniu? Istnieją ułomności fizyczne i moralne. Codzienne doświadczenie pokazuje, jak nam trudno je znieść… zwłaszcza u drugich. „Niechaj nikt nie szuka tego, co uważa za pożyteczne dla siebie, lecz raczej to, co dla drugiego”.

Wiemy już, z jaką czcią mnich ma się zachować względem swego opata, uważanego za zastępcę Chrystusa. Polecenia jego trzeba spełniać „nie wahając się, nie ociągając, nie ozięble, bez szemrania, bez słowa sprzeciwu. Posłuszeństwo bowiem okazywane przełożonym, w istocie rzeczy zwraca się do Boga. On sam przecież powiedział: »Kto was słucha, Mnie słucha«” (V).

Św. Benedykt wymaga, aby bracia byli posłuszni sobie wzajemnie: „Wszyscy powinni okazywać posłuszeństwo (…) nie tylko samemu opatowi/lecz w tymże duchu i bracia niechaj będą posłuszni sobie nawzajem wiedząc, że właśnie drogą posłuszeństwa mają iść do Boga” (LXXI).

Widzieliśmy, z jakim szacunkiem trzeba przyjmować gości. W rozdziale pięćdziesiątym trzecim mamy opis ich przyjmowania, ale wydaje mi się, że szczytem tego szacunku jest rozdział trzydziesty szósty „O braciach chorych”. Z jaką delikatnością Św. Benedykt o nich mówi. Dla ich słabości, niedołęstwa i dolegliwości domaga się od posługacza pilności i pieczołowitości. Oni są przecież cierpiącymi członkami Chrystusa.

Nic dziwnego, że podobna „szkoła służby Pańskiej”, w której panowała grzeczność i szacunek, dała pozytywne wyniki i kiedy dla mnichów z Monte Cassino nastał okres rozwoju, fundacje mnożyły się po Italii i później po całej Europie. Mnisi wraz z kulturą rzymską przynieśli ze sobą cały skarb chrześcijańskiej miłości bliźniego opartej na Ewangelii oraz naukach św. Jana i św. Pawła.

Organizator i mistrz umiaru

Przepojony rzymskim geniuszem Benedykt posiadał w największym stopniu zmysł organizacyjny. Nie bez powodu podkreślił swój zamiar urządzenia „szkoły służby Pańskiej”. Lubił porządek i wiedział, ze w zgromadzeniu, gdzie żyje razem kilkudziesięciu ludzi, ale w nieładzie panuje niezadowolenie. Regulamin jest konieczny i opat czy przełożony ma stale mieć na oku jego ścisłe przestrzeganie. Przez wszystkie rozdziały Reguły ta troska o ład nie przestaje się zaznaczać. Stąd ta dokładność nawet w sprawach, które mogłyby nam się wydawać dość błahe, co wcale nie znaczy, że Benedykt miał usposobienie drobiazgowe. Zresztą w różnych sprawach w związku z układaniem pracy, miary pokarmów lub napoju zostawia decyzję opatowi i to według miejscowych warunków, rodzaju pracy i klimatu. Nawet kiedy chodzi o służbę Bożą, czytamy: „Jeśliby komuś ten podział psalmów nie odpowiadał, może ułożyć je inaczej, w sposób, jaki uzna za lepszy” (XVIII).

Również w rozdziale drugim św. Benedykt upomina opata, że „przede wszystkim nie wolno mu zaniedbywać ani lekceważyć zbawienia dusz, które jego władzy poddano, a troszczyć się więcej o rzeczy przemijające, ziemskie i znikome”.

Powinniśmy stale mieć w pamięci, że św. Benedykt stał się swego rodzaju prorokiem. Nauczony doświadczeniem swoich poprzedników w ustanawianiu życia monastycznego na Wschodzie, jak i na Zachodzie oraz własnym doświadczeniem przełożeństwa w Subiaco, pragnął dać swoim synom mocne podwaliny duchowe i moralne. Jak już zauważyliśmy, miał on do czynienia z uczniami pochodzącymi z różnych środowisk, którzy dla zachowania pokoju i harmonii między sobą potrzebowali wytycznych jasnych, solidnych i precyzyjnych. Dlatego też Benedykt chce, „by ta Reguła często była czytywana we wspólnocie, aby żaden brat nie mógł się tłumaczyć jej nieznajomością” (LXXI).

Bez wątpienia opat ma tu największą odpowiedzialność. Cały rozdział drugi „Jaki powinien być opat” zawiera szereg przestróg, które zmuszają opata do zachowania największej przezorności: „Niech wie, że jeśli gospodarz ma zbyt mało pożytku z owiec, obwinia za to pasterza”.

Trudno jest tutaj przytoczyć wszystkie teksty, w których się ukazuje ta troska o uporządkowanie. Wymieniam tylko niektóre. Św. Benedykt nie lubi tego, co urządzone jest naprędce, dlatego „ilekroć trzeba w klasztorze podjąć jakąś ważną decyzję, niechaj opat zwoła całą wspólnotę i przedstawi jej, o co chodzi. Wysłuchawszy opinii braci, niech ją sam rozważy, a następnie zrobi to, co uzna za bardziej wskazane” (III). „Jeśli zaś chodzi o jakieś mniej ważne sprawy klasztoru, niech opat wzywa na radę jedynie starszych”.

Mówiąc o oznajmianiu godzin na służbę Bożą żąda, „żeby wszystko odbywało się we właściwej porze” (LXVII).

Opat nie może być równocześnie wszędzie, potrzebuje pomocników, czyli „dziekanów”, „którzy by we wszystkich sprawach troszczyli się o swoje dekanie w duchu przykazań Bożych i poleceń własnego opata” (XXI). Rozdział, który po nim następuje, porusza temat bardziej prozaiczny: „Jak powinni spać mnisi”. Tu także ma panować porządek co do samego miejsca i do pościeli.

W rozdziale trzydziestym pierwszym „Jaki powinien być szafarz klasztorny” możemy zaobserwować cały talent organizatorski św. Benedykta. Odpowiedzialność szafarza jest wielka. On ma pod swoją opieką stronę materialną: sprzęty klasztorne, całą majętność, narzędzia do pracy itp. Św. Benedykt wypowiada tu zdanie, które dziś wydaje się niezrozumiałe: „Wszelkie przedmioty i w ogóle wszystko, co stanowi własność klasztoru, powinien szafarz traktować tak, jak gdyby to były naczynia święte”. Objawia się tu jego duch nadprzyrodzony aż do najdrobniejszych szczegółów dotyczących klasztoru, który nazywa „domem Bożym”. Mówiąc o porządku, Benedykt nie zadowala się pozornym ładem: „Opat powinien mieć spis tych rzeczy, żeby wiedział zawsze, co daje i co otrzymuje, mimo że bracia zmieniają się kolejno na stanowiskach. A gdyby ktoś obchodził się z własnością klasztoru niechlujnie lub niedbale, należy go upomnieć” (XXXII). Moglibyśmy to samo powiedzieć, jeśli chodzi o ubranie i obuwie braci. I znowu ta mądra roztropność charakteryzująca dobrego organizatora: „Ubrania należy braciom dawać dostosowane do warunków miejscowych i klimatu (…). Opat zaś powinien zadbać o właściwe rozmiary, aby odzież nie była za krótka, lecz dostatecznie długa dla noszących ją mnichów”.

Widzieliśmy już wyżej, z jaką pieczołowitością Benedykt dba o gości i chorych braci, podobną troskę okazuje wobec starców i dzieci, a także wobec ekskomunikowanych: „Opat powinien z całą gorliwością troszczyć się o błądzących braci” (XXVII).

Po tym, cośmy starali się wyjaśnić, pozostaje jeszcze inna zaleta, która wyraża talent pedagogiczny św. Benedykta. W drugiej księdze Dialogów w rozdziale trzydziestym szóstym św. Grzegorz Wielki pisze: „Napisał Regułę dla mnichów wyróżniającą się jasnością sądów i przejrzystością sformułowań”. Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzimy, że umiar stanowi jeden z najważniejszych powodów promieniowania Reguły św. Benedykta na całym świecie i poprzez wieki. Jak już wspomnieliśmy, istniały już przedtem reguły dla mnichów. Benedykt szczególnie wzmiankuje o Regule św. Bazylego i rozprawach pustelników z Egiptu. Wiedział jednak, że dla zachodnich krajów przenikniętych kulturą łacińską bardziej jest wskazana większa równowaga. Reguła św. Benedykta nic nie mówi o nadzwyczajnych wyczynach ascetycznych, o współzawodnictwie między mnichami w dziedzinie umartwień, postu i nocnych czuwań ani o cudownościach. Już w prologu Reguły dostrzegamy tę mądrą równowagę: „Ufamy (…), że nie ustanowimy nic surowego ani nazbyt trudnego”, ale uznaje, że dla słusznych przyczyn pewne zarządzenia będą nieco surowsze. Ton jest spokojny, umiarkowany. Do zachowania umiaru na pierwszym miejscu zobowiązany jest opat: „Niechaj do wszystkich tak dopasuje się i przystosuje, zależnie od charakteru i inteligencji każdego, aby powierzona mu trzoda nie tylko nie doznała uszczerbku, lecz nawet cieszyła go jeszcze swoim postępem w dobrem” (II). „W swych zarządzeniach przezorny i rozważny, czy sprawa, którą nakazuje, dotyczy Boga czy świata, niech zachowuje wnikliwość i umiar, myśląc o roztropności świętego Jakuba, gdy mówił: »Jeśli zmęczę moje trzody nazbyt uciążliwą drogą, padną wszystkie jednego dnia«” (LXIV).

Kiedy chodzi o modlitwę poza chórem, Benedykt zaleca ten sam umiar: „Wspólna modlitwa niech będzie zawsze krótka, a na znak dany przez przełożonego wszyscy niech razem powstaną” (XX).

Względem braci, którzy ciężko zawinili i przez to zasługują na większą karę, „opat powinien z całą gorliwością troszczyć się (…), ponieważ, »nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają« (Mt 9, 12). Tak więc musi jak mądry lekarz używać najróżniejszych sposobów: Niechaj posyła do nich (…) starszych i mądrych mnichów, którzy by chwiejnego brata dyskretnie podnosili na duchu (…). I niechaj wszyscy modlą się za niego” (XXVII).

I tak aż do ostatniego rozdziału ten sam umiar, ta sama ojcowska troska! Warto podkreślić, że podobny umiar opiera się na podstawie zdrowego rozsądku i ojcowskiej miłości.

Mnisi na dziś, mnisi na jutro

Nie wątpię, że Reguła św. Benedykta ma jeszcze przed sobą obiecującą przyszłość. Jakie będzie zadanie Zakonu Benedyktyńskiegow obecnym i jutrzejszym świecie? Życie monastyczne powinno się odnowić i przystosować do warunków epoki, w którą wchodzimy. Przez czternaście wieków mnisi byli duszpasterzami, pisarzami; wielu wśród nich było uczonych, inni byli rolnikami, artystami, nie mówiąc już o działalności misjonarskiej, której tradycja sięga czasów Grzegorza Wielkiego. Jak sobie wytłumaczyć podobną różnorodność u synów tego samego ojca?

Właściwie żadna z wymienionych czynności dokładnie nie określa typowej, czyli doskonałej postaci benedyktyna, ponieważ ta różnorodna działalność stanowi tylko widoczny rezultat jego zażyłego życia z Bogiem. Przez to, że podziwiamy dzieło cywilizacyjne lub literackie czy misjonarskie mnichów, podkreślamy tylko uboczny aspekt życia monastycznego. Jakkolwiek zasługuje on na pochwałę, nie dotyczy istotnego czynnika tegoż życia. Wystarczy przeczytać Regułę, aby o tym się przekonać. Prawdziwy syn św. Benedykta przedstawia się jako chrześcijanin biorący na serio swój chrzest i przynależność do Chrystusa. Jego prawdziwa rola społeczna polega na spokojnym świadectwie o pierwszeństwie Boga, bo „nic nie może być ważniejsze od służby Bożej” w życiu benedyktyńskim. Powyższa zasada jest nienaruszalna. To nie przeszkadza, że pola działalności mogą się różnicować, ale syn św. Benedykta, jeśli jest wierny swemu Ojcu, będzie przede wszystkim mężem modlitwy, mężem chwały Bożej.

Mnisi są jednak ludźmi zależnymi od zmiennych warunków świata, wśród którego żyją. Tak było od zarania monachizmu. Mnisi byli to ludzie, którzy pod natchnieniem Ducha Świętego zrozumieli potrzeby Kościoła swoich czasów. Otóż zdradzilibyśmy tych pionierów, gdybyśmy się usztywnili w zachowaniu przedawnionych form, które i oni sami na pewno odrzuciliby w miarę, w jakiej one są przestarzałe i nieprzystosowane do dzisiejszego trybu życia.

Z drugiej jednak strony dotrzymujemy im żywej i dynamicznej wierności, jeśli się opieramy na autentycznej tradycji, którą nam przekazali w spuściźnie, aby móc nadal się posuwać naprzód po drodze przez nich wytkniętej. Sobór Watykański II mocno podkreślił, jaka ma być postawa dzisiejszych mnichów i wszystkich zakonników w Dekrecie O przystosowanej odnowie życia zakonnego: „Wierność względem ducha w zmianie form”. W istocie więc całe zagadnienie polega na odnajdywaniu tego ducha posuniętym do tego stopnia, że pozwala to na rozpoznanie odpowiedniego kierunku w nowych, zmieniających się warunkach. Powrót do źródeł nie oznacza dosłownego przestrzegania litery Reguły. Św. Benedykt tworzył ją w określonym kontekście warunków historycznych, społecznych i miejscowych. Do nas należy rozeznać to, co istotne, to, co tworzy rdzeń jego myśli i geniusza, i – mimo nieodzownych zmian wymaganych przez obecne okoliczności – nie zdradzić jego ducha.

Zakończenie

Przyznaję, że pominąłem mnóstwo ważnych, nawet zasadniczych czynników z Reguły. Nie wymieniłem tego, co św. Benedykt pisze o pracy, a szczególnie o pracy ręcznej, „bo właśnie wówczas są prawdziwymi mnichami, jeśli żyją z pracy rąk swoich, jak Ojcowie nasi i Apostołowie” (XLVIII). Ledwo wspomniałem o pokorze, której św. Benedykt poświęca najdłuższy rozdział swej Reguły. I tak samo jeśli chodzi o posłuszeństwo, o milczenie, o ubóstwo, ale z góry powiedziałem, że się ograniczę tylko do paru stwierdzeń.

Pięćdziesiąt lat minęło, odkąd przyjechałem do Polski po raz pierwszy. Po kilku miesiącach pobytu, dzięki różnym spotkaniom i zapoznaniu się, zapewne jeszcze powierzchownemu, z ówczesnym stanem religijnym kraju, który dopiero dziesięć lat przedtem odzyskał niepodległość, przekonałem się, że synowie św. Benedykta mieli zadanie do spełnienia. Spadkobiercy starożytnego życia zakonnego, które na Wschodzie powstało po erze prześladowań i zostało dostosowane do mentalności Kościoła łacińskiego, mogą przynieść ze sobą duchowość w jej pierwotnej świeżości.

Ora et labora – „Módl się i pracuj” – oto było streszczenie życia dawnych mnichów i nadal stanowi hasło benedyktyńskie.

Papież Paweł VI powiedział zakonnikom z Monte Cassino, że ludzie dzisiejsi chcą odkryć u synów św. Benedykta zrozumienie umiaru, równowagi i świadectwo ładu i pokoju, to wszystko podporządkowane jedynemu głównemu celowi: poszukiwaniu Boga.

Oby obecne i przyszłe pokolenia mnichów benedyktyńskich nie rzuciły cienia na pamięć i chwałę św. Benedykta. Jeśli pod niektórymi względami litera Reguły nie jest przestrzegana, niech przynajmniej sam jej duch zachowa całą swą dynamiczną, promieniującą i przekonywającą moc.


Karol Filip van Oost OSB (ur. 1899, zm. 1986), belgijski benedyktyn, mnich opactwa św. Andrzeja na przedmieściach Brugii (Zevenkerken), jako przeor wznowionego opactwa tynieckiego (1939–1951) odnowiciel życia benedyktyńskiego w Polsce. Pierwsze śluby zakonne złożył wobec bł. Kolumby Marmiona w 1918 r. Posłuszny woli przełożonych pełnił gorliwie rozmaite funkcje zarówno w rodzimym klasztorze, jak i poza jego murami (m.in. posługiwał jako: nauczyciel w szkole przyklasztornej, misjonarz, wizytator klasztorów żeńskich, dyrektor internatu, refektariusz). Był cenionym rekolekcjonistą i kaznodzieją. Dzieło jego życia stanowi tyniecka fundacja, której rozwój, po zakończeniu przełożeństwa, śledził z wielką troską. Odznaczał się głębokim wyczuciem życia wspólnego i charyzmatem duchowego ojcostwa. Autor książkiO duchu benedyktyńskim.

Słuchaj, synu, nauk mistrza…

Od jakiegoś czasu regularnie publikujemy materiały audio na profilach Apple Podcasts oraz Spotify. Jest to kolejne narzędzie, dzięki któremu docieramy do naszych słuchaczy i czytelników…

Posłuchaj

Newsletter

Zapisz się do naszej listy mailingowej.

Dziękujemy! Za parę minut otrzymasz e-maila z linkiem potwierdzającym subskrypcję...

Coś poszło nie tak...

Darmowy e-book
Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position