Ryt podniesienia Hostii świętej. Trzy etapy ewolucji

  • 10 lutego 2020

Ryt podniesienia Hostii świętej. Trzy etapy ewolucji

Ryt podniesienia Hostii św. wchodzi do wewnątrz liturgii mszalnej drogą wyraźnie podzieloną na trzy etapy: w najdawniejszej tradycji (benedyktyńskiej) podniesienie dokonywało się przed Konsekracją. Przypuszczalnie było ono nie tak znaczne. Był to pewien gest ofiary, po prostu kapłan unosił wyraźnie Hostię św., kiedy ją brał w ręce przed przeistoczeniem, po czym odkładał ją na powrót. Wolno przypuszczać, że do tego zwyczaju stosowali się również niektórzy z pierwszych misjonarzy na terenie Polski w X–XI w.

W drugim okresie ryt przebiegał nieco inaczej: Konsekracja miała miejsce w czasie podniesienia. Kapłan unosił hostię z ołtarza i konsekrował ją na wysokości swych ust względnie nieco wyżej. Wreszcie, wchodzi zwyczaj podniesienia po Konsekracji, tak jak obowiązuje ono dzisiaj. Pierwszym tego świadectwem jest dekret biskupa paryskiego Odona z Sully (1196–1208), który swym kapłanom wzbrania podnoszenia hostii zbyt wysoko przed Konsekracją, a zarazem nakazuje nowy sposób postępowania. Jest to jedyny w historii Mszy św. fakt tego rodzaju. Wprowadzenie nowego rytu okazało się jednak płodne w następstwa. Będąc w ścisłym związku z prądami owego czasu (walka z błędami Berengariusa), podniesienie stało się centralnym momentem nabożeństwa. Objawy jego szczególnej popularności można śledzić od schyłku średniowiecza aż dotąd.

W tym układzie rzeczą najciekawszą jest przejście rytu z drugiego stadium ewolucji w trzecie. Ten właśnie moment pozwala się ująć nawet w skąpych źródłach polskiego średniowiecza. Znamienne jest, że słowa biskupa Odona przeszły następnie do Polski, gdzie odzywały się raz po raz echem w ustawodawstwie kanonicznym. Wolno więc przypuścić, że i sytuacja była analogiczna, to znaczy, że przynajmniej tu i ówdzie aż do ostatnich lat polskiego średniowiecza trwał dawny zwyczaj konsekrowania Hostii uniesionej w rękach kapłana na wysokość jego ust. Będzie to więc terminus ad quem dla obecnego studium. Następnie już zwyczaj obecny wszedł do ogólnego użycia.

Niestety, kwerenda w staropolskich księgach liturgicznych jest zupełnie bezowocna. Dlatego trzeba zwrócić się gdzie indziej, mianowicie do literatury prawno–kanonicznej. Przede wszystkim wchodzi tu w rachubę Mikołaj z Błonia, którego Tractatus sacerdotalis de sacramentis et officiis ma szczególnie doniosłe znaczenie dla historii kultu Eucharystii w Polsce. Zainteresowanie tym dziełem uzasadnia się nie tylko autorytetem autora, ale i faktem, że zostało ono promulgowane oficjalnie w ramach listu pasterskiego biskupa poznańskiego, Stanisława Ciołka (+ 1437). Przez to zyskało ono moc obowiązującą na terenie diecezji poznańskiej, a właściwie, dzięki swej wziętości, w całej Polsce.

Otóż Mikołaj z Błonia poświęca sporo miejsca omawianej sprawie. Po pierwsze omawia dotychczasową praktykę niektórych kapłanów. Mianowicie trzymają oni już przed konsekracją hostię tak wysoko, że lud może ją zobaczyć. Takie postępowanie może spowodować to, że „prostaczkowie” oddaliby opłatkowi bałwochwalczy pokłon. Tak się więc rzecz miała w trzydziestych latach XV w., jakkolwiek już wówczas był to stan nielegalny i piętnowany przez pismo arcypasterza. Łatwo tu spostrzec zupełną analogię do tego, o czym wspomina w Paryżu Odon z Sully dwieście trzydzieści lat wcześniej. Zupełnie więc podobnie domaga się autor, a w rzeczy samej ustawodawca ogłaszający jego traktat, Stanisław Ciołek, biskup poznański, aby kapłani biorąc hostię w swe ręce przed konsekracją nie unosili jej zbyt wysoko i nie wcześniej pokazywali ją ludowi, aż dopiero po konsekracji, a więc przez podniesienie takie, jakie obowiązuje dzisiaj. Charakterystyczne jest również to, że autor mocno podkreśla wzgląd na lud: chce go uchronić od grzesznej pomyłki, a zarazem pouczyć, kiedy dokonało się przemienienie, i dopiero wówczas skłonić do oddania chwały należnej Bogu.

Współcześnie napotyka się na tę sprawę w rozległej archidiecezji krakowskiej. Statut biskupa Zbigniewa Oleśnickiego z r. 1436 koryguje fałszywy sposób podniesienia, który widocznie trafiał się u kleru małopolskiego. Otóż podnoszono Hostię św. tylko nieznacznie, tak że przy ołtarzach, które ówcześnie miały swą nadstawę (a więc kapłan celebrował tyłem do ludu), ostatecznie Hostii św. wierni nie widzieli wcale. A przecież właśnie celem podniesienia było pokazanie ludowi Hostii św. i przez to obudzenie w nim żywszych uczuć religijnych.

Cóż oznaczać może tego rodzaju zarządzenie? Wolno przypuścić, że w historii rytu i ono należy do tego przejścia z drugiej fazy rozwoju do trzeciej, jak była już o tym mowa. W każdym razie niektóre słowa Oleśnickiego są wyraźnym echem dekretału biskupa Odona z Sully. To znaczy, że wówczas, tak w Wielkopolsce, jak w Małopolsce, ryt podniesienia w dzisiejszym przebiegu dopiero był żmudnie wprowadzany. Może nie w miastach i większych ośrodkach, ale na peryferiach diecezji, jak to często bywa, dawny zwyczaj zakorzenił się głęboko i niełatwo było wprowadzić w tej dziedzinie radykalne – bądź co bądź – zmiany w najważniejszym momencie Mszy św. Niestety, niepodobna dociec, kto większe wysuwał sprzeciwy – lud czy kapłani?

Jeszcze jedna rzecz zatrzymuje uwagę na omawianym statucie, mianowicie przyklękanie kapłana na znak adoracji. Tego przyklękania nie znał ryt staropolski i dlatego Oleśnicki oponuje przeciw jego wprowadzeniu. W jego mniemaniu te zbyteczne innowacje są nie na miejscu, skoro nie praktykuje się ich w katedrze wawelskiej. Nie wiadomo jednak, które przyklęknięcia uważał Oleśnicki za tradycyjne. Prawdopodobnie było to klęczenie w czasie Confiteor przed Mszą św., również w czasie Credo przyklękano już z dawna, podobnie jak w czasie Komunii.

Na swój sposób o podniesieniu nad brzegami Wisły mówi żywot bł. Doroty z Mątów (+ 1394). Rzecz dzieje się w środowisku niemieckim, więc tylko pośrednio dotyczy tematu. Otóż bł. Dorota pałała pragnieniem widzenia Hostii św., jak to było charakterystyczne dla owych czasów, i niepomna na swe obowiązki względem dziewięciorga dzieci, biegła rankiem do kościoła, aby przynajmniej w rękach kapłana zobaczyć to, co kochała i do czego tęskniła.

Historia rytu podniesienia w Polsce pozwala się cofnąć jeszcze o 120 lat, w drugą połowę XIII w., z którego zachowały się dwa cenne świadectwa. Jedno z nich pochodzi z obszernego ustawodawstwa Filipa, legata do Węgier i Polski, które był wydał na synodzie w Budzie w 1279 r. Trzeba zauważyć, że brzmią w nim echa dekretu biskupa Odona z Sully: kapłani winni podnosić Hostię św. tak, aby przez to umożliwić jej widzenie. Nie można dziś ustalić, dlaczego wydano to prawo i jakiemu błędowi miało zapobiegać. To prawda, że współcześnie różnie bywało; Hostię św. wznoszono bardzo wysoko, czasem ręce opierano na głowie, trwało to też bardzo długo. W każdym razie nakaz Filipa dotyczy któregoś z tych nadużyć. Niestety, nie wystarcza on do ustalenia, gdzie się to działo, w którym kraju czy prowincji. Trzeba poprzestać na tym, że mówi o podniesieniu. Drugi cenny dokument pochodzi z 1285 r. Jest to nakaz dzwonienia, aby w ten sposób wołać ludzi na podniesienie. Wypadnie go jeszcze zanalizować osobno, a teraz tylko zauważyć, że oba dotyczące podniesienia dokumenty polskie z XIII w., wspominają o nim, a nie ustanawiają go. To znaczy, że już wcześniej, a więc około połowy XIII w. istniał w Polsce. Zadziwia w takim razie powolność procesu wchodzenia tego rytu w obyczaj, jeśli sprawa ta nie wyklarowała się ostatecznie przed upływem trzech wieków.

Przeglądając dokumenty ze schyłku średniowiecza natrafia się na pewne wzmianki, które już luźniej wiążą się z zagadnieniem, a przecież rzucają nań pewne światło. Znana sprawa powtarzania rytu w ciągu jednej Mszy św. ma swoje echo w dekretach Mateusza z Krakowa, który to nadużycie potępia. Wprawdzie zarządzenie dotyczy Pragi, jednak wiadomo, jakie związki łączyły z Pragą pobliski Kraków i cały Śląsk. W XVI w. powtórzy to jeszcze bp płocki Andrzej Krzycki, kiedy z naciskiem zaznaczy, że Kościół ustanowił jedno jedyne tylko podniesienie w czasie Mszy św.. To pozwala przypuszczać, że niektórzy kapłani wykorzystywali jeszcze inne sposobności we Mszy św. do tego, aby wiernym pokazać Hostię świętej. Nie na tym koniec, według jego słów, byli i tacy kapłani, którzy w czasie podniesienia pokazywali Hostię św. na prawo i lewo, całowali ją, przyklękali, konsekrowali wymawiając święte słowa jednym tchem, ruchem głowy i ust znaczyli zarazem krzyż na Hostii św. itd..

Inne oblicze zagadnienia ukazuje się znowu w statutach synodu łęczyckiego z 1408 r.. Sytuację łatwo sobie wyobrazić. W owych czasach charakterystyczna była w całej Europie tęsknota za widzeniem Bożego Ciała. To ostatecznie jest genezą rytu podniesienia, o którym mowa. Społeczność wiernych zyskała wiele przez jego wprowadzenie, przyjęła je gorąco, ale zaraz spróbowano uzyskać więcej: jeśli nie drugie podniesienie w czasie Mszy św., to niechby ono było choćby i poza Mszą św. Dziś, gdy wszystkie te rzeczy już dawno weszły do obyczajów Kościoła, owe zakazy zdają się niesamowite: synody wzbraniały tego, co obecnie, jest tak ogólnie dostępne i praktykowane – popołudniowego nabożeństwa z wystawieniem. Staropolskie pomniki prawa kanonicznego dostarczają tego rodzaju dokumentów, które jednak nie dotyczą już omawianego przedmiotu. Mimochodem tylko można wspomnieć, że w statutach bpa Wojciecha Jastrzębca z 1423 r. brzmią echa dyskusji paryskich Piotra Comestora (+ 1178) i Piotra Cantora (+ 1197). To świadczy o tym, że u schyłku średniowiecza Kościół w Polsce uczestniczy w wielkich sprawach zachodniego Kościoła, dzieli z nim zwyczaje, żyje jego życiem.


Fragment monografii Służba Boża w dawnej Polsce. Studia o Mszy Świętej. O autorze: Paweł Sczaniecki OSB (1917–1998), benedyktyn z opactwa świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tyńcu, proboszcz tyniecki, historyk liturgii, badacz dziejów tynieckiego opactwa. Wyniki jego badań w wielu dziedzinach do dzisiaj pozostają niezastąpione.

Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position