Oblaci – wspomnienia

Oblaci świeccy tworzą wielopokoleniową rodzinę i tak jak każda duża rodzina starają się zachować w pamięci tych, którzy odeszli. Staramy się więc założyć kronikę – album rodzinny, gdzie słowami staramy się oddać sylwetki naszych sióstr i braci, którzy poprzedzili nas w drodze do domu Ojca. Niech ich zwyczajne, ale jednocześnie niezwykłe koleje losu prowadzą nas drogą wyznaczoną przez św. Benedykta.

Sługa Boża Hanna Chrzanowska (1902-1974)

Często stawia się pytanie: Co dla ukształtowania człowieka jest ważniejsze – cechy wrodzone czy wychowanie? W przypadku H. Ch. oba te czynniki w równej mierze zdecydowały o jej życiu. Obdarzona przez Boga zdolnościami organizacyjnymi i umiejętnością zjednywania sobie ludzi wzrastała w atmosferze domu otwartego na potrzeby innych bez względu na ich status społeczny. Urodzona warszawianka, prawie całe życie mieszkała w Krakowie. W dzieciństwie i młodości otoczona miłością najbliższych, była dziewczyną tryskającą humorem, pełną pomysłów, można powiedzieć „bałaganiarką”, uczyła się dobrze. Po maturze w szkole ss. Urszulanek w Krakowie początkowo poszła w ślady ojca, profesora filologii polskiej w UJ. Szybko stwierdziła, że to nie to i podjęła naukę w szkole pielęgniarskiej. Kariera lekarska nie wchodziła w grę, chciała być jak najbliżej chorych, by nieść im ulgę. Odtąd najlepszym określeniem H.Ch. jest pielęgniarka.
We wspomnieniach ludzi, którzy ją znali, powtarza się stwierdzenie: cechowało ją poczucie humoru, niespożyta energia, wielki takt, dostrzeganie w człowieku zarówno jego potrzeb cielesnych jak i duchowych. Najlepiej oddać głos jej samej. Oto jedyny w swoim rodzaju „życiorys” napisany pod koniec zycia:
24.I.73, wiek XX, godz. 21,03 Łobzowska 61 m. 6, II p. drzwi na prawo, tel. 331-39, 31-319 Kraków.
Hanna Helena Chrzanowska, ur. 7.X.1902 w Warszawie, Senatorska 38, II p. drzwi na lewo, o godz. 0. Z Wandy Szlenkier Ignacego. Pradziadkowie po kądzieli: Szlenkier, Grosser, Temler. Po mieczu: Chrzanowski, Dmochowski, Zembrzuski, Cieciszowski.

Rysopis: Gęba niegdyś piękna. Włosy niegdyś blond.
Wykształcenie: niższe.
Zawód: posługaczka oraz pośredniczka od wszystkiego.
Charakter: pogodny skąpiec i dusigrosz.
Zainteresowania: „kobra” i Synod.

Skąpiec i dusigrosz datków przeznaczonych na fundusz dla chorych. Kobra to aluzja do „kryminałów”, poza tym lubiła komedie filmowe zwłaszcza z Bourvilem.
Początkowo, pod wpływem rodziców była areligijna, potem przeżycia wojenne – Ojciec zmarł w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie był więziony po Sonder Aktion na UJ, pracowała wśród wysiedleńców – cierpienia własne i całego narodu pogłębiły jej wiarę i zbliżyły do Boga. Po wojnie zajęła się organizowaniem pielęgniarstwa otwartego. Oznacza ono opiekę pielęgniarską nad chorymi poza szpitalem czy przychodnią. Początkowo lekarze nie rozumieli o co chodzi, H.Ch. i jej uczennice (była instruktorką) „szukały” chorych.
Oprócz „kryminałów” jej ulubioną lekturą były Kazania Skargi (ojciec miał bogaty księgozbiór, który HCh przed swą śmiercią przekazała KULowi). Oto wybrane przez nią cytaty z tych kazań kojarzące się z pielęgniarstwem domowym:
„Pan Bóg chciał, aby ludzie mogli się miłosierdziem Jemu przysłużyć (…) aby jedni z dawania, a drudzy z brania powinną miłość między sobą zakładali i fundowali.
Jest szpital domowy, w którym się zamykają rozmaitymi nędzami i przygodami utrapieni (…) jako (…) niemocą i ułomnością członków (…) krzywdami (…) i innymi dolegliwościami domowymi (…). O nich i o ich nędzy rzadki wie.
Nędza żywota tego po wszystkim się świecie, po stanach wielkich i małych rozlała (…)
Ty, który jesteś zdrowy, pomóż schorzałemu, któryś nie upadł, wspomóż leżącego (…).
Nędze większe daleko być mogą i są, niźli tych, co leżą w szpitalu (…).
Nie jest miłosierdzie, gdy tylko sama jest żałość i wola bez uczynku i pomocy, gdy zaraz być może bez odwłoki.
Jako się z tego cieszyć nie macie, iż (…) z pilności i miłosierdzia waszego Chrystus, Bóg wasz (…) w chorobie opatrzenie i żywność bierze (…).”
Pełniła funkcje społeczne we władzach Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego (PTP) i Okręgowej Komisji Kontroli Zawodowej, napisała podręcznik pt. Pielęgniarstwo w otwartej opiece zdrowotnej, który ukazał się w 1960 r. Najważniejszy był jednak dla HCh chory. Oto co pisała:
„Mnie zawsze najbardziej chodziło o chorych. Dlatego ten właśnie rodzaj pracy był mi tak bliski. Pielęgniarstwo domowe stawia nas najbliżej chorego, takiego jakim jest i ta prosta, a nieraz bardzo trudna praca przy nim to właśnie ta, która mi daje coś jakby szczęście.” I kiedy indziej: „(…) szłam kiedyś o zmroku ulicą Krowoderską i wtedy: „my pomagamy nieść Krzyż Chrystusowi. Nie myślałam: Chrystusowi w chorych – Chrystusowi wprost.”
„Oto myśl (było to około roku 1956, który określa mianem czasu przełomu), co zaświtała mi w głowie: oprzeć opiekę nad chorymi o Kościół.”
Początki były trudne, ale znalazła dwóch sojuszników ks. Karola Wojtyłę i prałata Ferdynanda Machaya, gorzej było z przełożonymi zakonów żeńskich. Pod koniec 1958 roku na własne żądanie HCh przeszła na emeryturę, aby bez reszty oddać się swemu powołaniu. Wyjątkowo trudny był początek (w 1960 roku), kiedy 4 osoby zajmowały się 35 chorymi. O jednej z nich czytamy we wspomnieniach:
„Staruszka z nowotworem mózgu, z raną ogromną, sięgającą brwi. Nieopisanie brudna, z odleżyną. Opieka domowa córki psychopatki, pracującej 8 godzin poza domem. Druga córka schizofreniczka, sama wymaga opieki, której nie ma. Paznokcie chorej tak długie i grube, że słychać stuk o podłogę, kiedy je obcinamy. Przy obracaniu na bok wyje i szczypie. (…) wszy sypią się jak piasek i roją w ranie pod warstwą brudu i maści. Pielęgniarki dotarły do chorej po jej kilkuletniej chorobie, dopiero na tydzień przed końcem. Stan psychiczny dobry, całkowicie przytomna, zadowolona, że się ją myje i pielęgnuje. Przynajmniej umarła w jakim takim „zadbaniu”.
To jedna z wielu historii, spisanych przez HCh, są między nimi i wzruszające np. o małżeństwach staruszków wiernych sobie aż do śmierci po kilkudziesięciu latach wspólnego życia. Wiele przykładów można znaleźć w opracowaniu Aliny Rumun, która była „prawą ręką” HCh i kontynuatorką jej dzieła, opublikowanym w książce „Chrześcijanie” t. III wydanym pod redakcja bp. Bohdana Bejze w roku 1978.
Posłuchajmy wyznania HCh skierowanego do ss. Szarytek w Warszawie:
„(…) długie lata byłam instruktorką, dyrektorką. Kierowałam, rządziłam, egzaminowałam. Co za radość na stare lata dorwać się do chorych: myć, szorować, otrząsać pchły. Prostota, zwyczajność zabiegów – to najważniejsze dla chorego. Wycofać siebie, puścić się na szerokie wody miłości, nie z zaciśniętymi zębami, nie dla umartwienia, nie dla przymusu, nie traktować chorego jako „drabiny do nieba”. Chyba tylko wtedy, kiedy jesteśmy wolne od siebie, naprawdę służymy Chrystusowi w chorych.”
Jej służenie z radością i zapał były zaraźliwe i porywały innych. Wciągała do pracy różnych ludzi dobrej woli, przede wszystkim nawiązała współpracę z młodzieżą akademicką, której pomoc ożywiała smutną egzystencję chroników. Wprowadziła praktykę odprawiania Mszy św. w domu chorych, co stało się powszechnym zwyczajem, przygotowywanie wieczerzy wigilijnej dla samotnych chorych zanoszonych do nich przez młodzież. Kolejny „pomysł” to rekolekcje chorych, którym nadała styl i nastrój pogody, ogólnej miłości i życzliwości, radości i odprężenia. Zadbała o dobrych rekolekcjonistów, o pomoc kleryków, o ludzi służących transportem. Wspomnienia uczestników rekolekcji pełne wdzięczności i entuzjazmu można znaleźć we wspomnianej już publikacji.
W roku 1956 nazwanym przez nią rokiem przełomu HCh została oblatką benedyktyńską. Tyniec znała jeszcze z lat wojny. W okresie powojennym urzekła ją tam liturgia, śpiew gregoriański, zanurzała się coraz głębiej w przekazywane treści. Odpowiadały jej: powaga, pokój, chwała Boża, radość, umiar, szukanie we wszystkim Boga – styl benedyktyński. Nie było w niej cienia dewocji. Do Tyńca wpadała nieraz choć na kilka godzin wśród nie kończącej się, coraz bardziej pochłaniającej pracy, żeby się uciszyć, „naładować akumulatory”, złapać oddech. Na wałach tynieckich zrodził się pomysł pielęgniarstwa parafialnego.
Była tytanem pracy mimo słabego zdrowia. Alina Rumun wspomina:
Pracowało się z nią w atmosferze pogody i wzajemnego zaufania. Wśród współpracowników cieszyła się ogromnym autorytetem i sympatią. I choć umiała podporządkować sobie pomocników i nawet narzucać im swoje plany, jej takt i kultura łagodziły zawsze i rozładowywały zdarzające się – choć bardzo rzadko – nieporozumienia i napięcia. Cieszyła konkretność i celowość pracy, nie traciło się czasu na biurokrację ani nerwów na żadne intrygi i niedomówienia.
Umiała jednak wygospodarować czas na wypoczynek dla siebie i innych. Jak powiedziano wyżej, szukała ciszy w murach opactwa tynieckiego. Czasem u szczytu zalatania, w młynie setek spraw potrafiła zatrzymać się, by choć na chwilę „mówić o magnaliach”. Pisała: „Trzeba zostawić sobie jakiś luz na myślenie, na własną modlitwę poza psalmami, nawet poza Mszą św. Inaczej człek usycha jak trzcina podcięta.”
Lubiła zwierzęta i rozumiała przywiązanie podopiecznych do ich pupilów. Np. zaskarbiła sobie wdzięczność jednej staruszki, kiedy po opatrzeniu jej samej zajęła się „kosmetyką” jej zaniedbanego psa. Kochała przyrodę, zwłaszcza góry, umiała dostrzegać ich piękno i podziwiać Boga w Jego stworzeniu. Oto fragment listu pisanego z Bukowiny na 2 lata przed śmiercią:
„Ja od wczoraj zaczynam chodzić i chyba raz jeszcze znowu się rozpędzę, co oznacza pęd ślimaka skrzyżowanego z niedźwiedziem. Każdy wiek ma swój urok: młoda dziewczyna na mój widok zrzuciła buty i wlazła do potoku, żeby mi pomóc przejść przez belkę, a potem jakiś pan kiwał z daleka pokazując wygodną drogę. Dobrzy są ludziska!”
W 1966 przyszła choroba wydawało się terminalna, ale HCh żyła jeszcze 7 lat, które uważała za darowane i dołożone od Boga, aby mogła wiele jeszcze spraw dokończyć, utrwalić i uporządkować. Mimo uszczerbku sił pracowała nadal intensywnie. „Tkwiła po uszy w życiu, a jednak my – pisze Alina Rumun – bliżej znający Cioteczkę, widzieliśmy jak coraz bardziej się od niego odrywa.” Wszystkie swoje oszczędności i rzeczy przeznaczyła dla chorych. Na początku 1973 roku choroba zaatakowała nieubłaganie. Krańcowe wyczerpanie. Męczyła ją obecność nawet najbliższych. Jedyne odwiedziny, z których cieszyła się i na które czekała – to wizyty ks. Kardynała Karola Wojtyły. Uciekało z niej życie Znikł towarzyszący jej przez całe życie humor. Nie miała już na nic sił. Codziennie przychodził ksiądz z Panem Jezusem. 12 kwietnia przyjęła namaszczenie chorych. W ostatnich dniach pytała: „dlaczego tak długo trzeba czekać? Czy to już? Już … już.” W Białą Niedzielę 29 kwietnia o czwartej nad ranem odeszła cicho i spokojnie, w czasie snu.

Zenomena Płużek (1926-2005)

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu

Zenomena Płużek urodziła się w 1926 roku w Girach Luzowskich, w rodzinie inteligenckiej. Gimnazjum ukończyła w Krakowie w roku 1947. Studia wyższe odbyła na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, uzyskując tytuł magistra filozofii. Od 1952 roku przez ponad 30 lat pracowała jako psycholog w Szpitalu Psychiatrycznym w Krakowie-Kobierzynie (od pewnego momentu jako kierownik Pracowni Psychologicznej). W 1958 roku podjęła zajęcia dydaktyczne z psychologii klinicznej i psychologii osobowości na KUL na stanowisku asystenta w Katedrze Psychologii Ogólnej. W tym roku złożyła przyrzeczenia oblackie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie psychologii uzyskała na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1963 roku, a tytuł doktora habilitowanego w roku 1967 w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W latach 1970 – 1974 pełniła również funkcję kierownika Specjalizacji filozoficzno-psychologicznej na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej KUL. W roku 1978 otrzymała tytuł profesora nadzwyczajnego, a dziesięć lat później, w roku 1988 – profesora zwyczajnego. Przez wiele lat (od roku 1972 do przejścia na emeryturę w roku 1997) była kierownikiem nowopowstałej Katedry Psychologii Klinicznej i Osobowości Instytutu Psychologii Wydziału Nauk Społecznych, kierowała też Sekcją Psychologii KUL. Po przejściu na emeryturę Prof. Zenomena Płużek pracowała w Krakowie w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej w Collegium Ignacjanum, oraz miała wykłady w Instytucie Psychologii Stosowanej UJ. Kontynuowała pomoc psychologiczną i konsultacje w seminariach duchownych w Polsce.

Ta “sucha wyliczanka” daje świadectwo życia, w którym otrzymane talenty zostały pomnożone dziesięciokrotnie. Pani Profesor przez bliskich – krewnych i przyjaciół, a było ich wielu na całym świecie, nazywana Zenią była osobą otwartą, ciepłą, szczodrą. Dzieliła się czasem, wiedzą, pieniędzmi, a przede wszystkim sercem aż do ostatniego tchnienia. Zmarła nagle, wracając do domu objuczona prezentami dla rodziny, na klatce schodowej krakowskiej przedwojennej kamienicy. Od tego momentu każdego 16. dnia miesiąca (zmarła 16 sierpnia 2005 dokładnie trzy lata przed śmiercią pani Profesor Świderkównej) rodzina zapala w tym miejscu lampkę.

Nie sposób tak bogatej osobowości zamknąć w kilku słowach. Pani Płużkówna była osobą głęboko wierzącą. We wspomnieniach porównywana jest do Edyty Stein i Matki Teresy. Jej ojcem duchowym był o. Piotr Rostworowski OSB. Kiedy wyjechała na stypendium do Stanów Zjednoczonych przysyłała mu listy, które posłużyły za lekturę podczas obiadów w refektarzu tynieckim. Lubiła spędzać kilka dni podczas wakacji w jakimś klasztorze benedyktyńskim. Zakochana w chorale gregoriańskim, słuchając go poprawiała prace doktorskie, bo dawał jej spokój wewnętrzny i pomagał skoncentrować się. Zaprzyjaźniona benedyktynka s. Maria Elena Waluda uważa, że Pani profesor czuła się w sercu bardziej mniszką niż naukowcem-psychologiem.

Do grona przyjaciół Pani Profesor dołączył również taksówkarz z sieci Lajkonik, który woził ją z ul. Syrokomli, gdzie mieszkała na ul. Kopernika, gdzie mieści się “Ignatianum”, a często do Tyńca i na inne dłuższe trasy. Pani Zenia niepostrzeżenie zdobyła jego zaufanie, stała się jego powierniczką, a dzięki wiedzy psychologicznej pomogła wyprostować poplątane ścieżki życia. Pod jej wpływem nabrał wiary w siebie i ludzi, uratował rozpadającą się rodzinę, i już mniej irytują go oczywiste błędy innych kierowców na zatłoczonych ulicach Krakowa.

Jako podsumowanie zacytujmy słowa s. Elżbiety Beaty Raszczyk:

Zenomena Płużek uprawiała psychologię jako dziedzinę naukową w służbie człowiekowi i dla człowieka, ale również sama do końca człowiekiem pozostała.”

(Wspomnienie w oparciu o książkę “Życie jako zadanie. O Zenomenie Płużek” redakcja Stanisława Steuden, Piotr Oleś, Wydawnictwo KUL, Lublin 2007).

Danuta Szczepańska (1924-2006)

Szczęśliwy mąż, który ma dobrą żonę,
liczba dni jego będzie podwójna.
Dobra żona radować będzie męża,
który osiągnie pełnię wieku w pokoju.
Dobra żona to dobra część dziedzictwa
i jako taka będzie dana tym, którzy się boją Pana:
wtedy to serce bogatego czy ubogiego będzie zadowolone
i oblicze jego wesołe w każdym czasie. (…)
Wdzięk żony rozwesela jej męża,
a mądrość jej orzeźwia jego kości.
Dar Pana – żona spokojna
i za osobę dobrze wychowaną nie ma odpłaty.
Wdzięk nad wdziękami skromna kobieta
i nie masz nic równego osobie powściągliwej.
Jak słońce wschodzące na wysokościach Pana,
tak piękność dobrej kobiety między ozdobami jej domu.
Jak światło błyszczące na świętym świeczniku,
tak piękność oblicza na ciele dobrze zbudowanym.

(
Syr 26, 1–4.13–17)

Danuta z Wolskich Szczepańska — oblatka tyniecka — była wnuczką sławnej poetki Maryli Wolskiej. Kiedy miała dwa lata zmarł jej ojciec Juliusz Wolski zostawiając żonę, córeczkę i synka, który urodził się już po jego śmierci. Po tym tragicznym wydarzeniu Danusia wraz z matka i braciszkiem znalazła się w majątku ciotki Zofii Kernowej w Goszycach. Tu dorastała, do szkoły chodziła w Krakowie. W roku 1939 spotkała Jerzego Turowicza — męża kuzynki — oblata benedyktyńskiego, który wprowadził ją w tajniki oblacji. To spotkanie z Regułą św. Benedykta i oblatury kształtowało jej wrażliwą duszę i serce. Potem, dzięki temu, po wyjściu w 1947 roku za mąż za Jana Józefa Szczepańskiego stworzyła “DOM” oparty na wartościach.

Żyli w trudnych czasach, ale oboje stworzyli dom–oazę, gdzie kariera, dążenie do wielkości nie miały racji bytu, był natomiast spokój, serdeczność, współczucie, pomoc innym w miarę możliwości. To wszystko dzięki Danusi. Nawet ich wiejski dom w Kasince nie miał charakteru “daczy”, ale domu gdzie każdy znajdował miejsce dla siebie i serdeczność gospodarzy. Pracowitość Danuty Szczepańskiej była prawdziwie benedyktyńska i właśnie przykład jej życia jako żony, matki, babki i prababki był Darem, który tak wspaniale umiała odczytać i wcielić w swoje życie.

Pod koniec życia, mimo ciężkiej choroby, pozostawała w kontakcie duchowym z Tyńcem. Codziennie odmawiała modlitwę brewiarzową z Monastycznej Liturgii Godzin. Miała regularne relacje z rekolekcji oblackich i comiesięcznych dni skupienia. O. Adam Kozłowski i o. Włodzimierz Zatorski odwiedzali Danutę i odprawiali w jej domu Eucharystie. Codziennie przychodził także z Komunią św. ks. Misjonarz z kościoła przy ulicy św. Filipa, zaprzyjaźnił się z Nią i otaczał wielkim szacunkiem. Widział w Niej tę wielkość, która otoczeniu wydawała się normalna, a źródło tej wielkości było w Bogu. Zmarła w domu w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Została pochowana obok zmarłego kilka lat wcześniej męża na cmentarzu tynieckim.

Alina Rumun (1924-2007)

Dnia 14 września 2007 r., w Święto Podwyższenia Krzyża Świętego w Domu Pomocy Społecznej w Podgórkach Tynieckich zmarłą Alina Rumun, pielęgniarka i oblatka tyniecka.

 

Urodziła się 15 lipca 1924 r. W Zawierciu. Po trudnym okresie wojennym i ukończeniu gimnazjum podjęła naukę w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarsko-Położniczej w Krakowie. Po uzyskaniu dyplomu w roku 1948 pracowała na różnych oddziałach szpitalnych, w poradniach i ambulatoriach o różnym profilu, zdobywając w ten sposób nadzwyczaj bogate doświadczenie pielęgniarskie.

 

Przełomowym momentem w  życiu Aliny Rumun było podjęcie współpracy w roku 1958 z Hanną Chrzanowską, obecnie kandydatką na ołtarze, inicjatorką Pielęgniarstwa Parafialnego w Archidiecezji Krakowskiej. Alina stała się Jej prawą ręką, a po śmierci Hanny w 1973 roku, kontynuatorką tego dzieła, które prowadziła do roku 1995 z ogromnym zaangażowaniem. Potem jeszcze do końca życia, utrzymywała kontakt korespondencyjny ze swoimi podopiecznymi.

 

W pielęgniarstwie domowym chodziło o wyszukiwanie ludzi przewlekle i nieuleczalnie chorych, nie opuszczających swoich domów, często także biednych i osamotnionych i objęcie ich pomocą i opieką pielęgniarską. Do współpracy wciągano oprócz pielęgniarek siostry zakonne i wolontariuszy świeckich (m.in. studentów), których przygotowaniem do pracy z chorymi zajmowała się także Alina.

 

Opieka nad chorymi nie ograniczała się tylko do pomocy w ich problemach zdrowotnych i bytowych. Zwracano również uwagę na ich potrzeby psychiczne i duchowe. Z czasem powstała inicjatywa organizowania wyjazdów chorych w grupach na wypoczynek połączony z rekolekcjami, najpierw do Trzebini, potem do Nowej Wsi k. Dobczyc i do innych ośrodków.

 

Przy tej okazji dał się poznać wybitny zmysł organizacyjny Aliny Rumun. Organizowała dowożenie chorych w oparciu o ludzi dobrej woli, włąścicieli prywatnych samochodów, co w „tamtych czasach” było nielada wyczynem. Potrafiła znaleźć księdza gotowego do głoszenia nauk i towarzyszenia chorym. Umiała zebrać komplet pracowników złożonych z zakonnic, kleryków i młodzieży oraz pań prowadzących kuchnię. Wyposażenie domu, w którym odbywały się rekolekcje było bardzo skromne, ale funkcjonalne. Alina umiała wykorzystać wszystko, co już nie było potrzebne komuś innemu, co dało się jeszcze naprawić, co można było zrobić we własnym zakresie. Nie znosiła marnotrawstwa i bałaganu.

 

Potrafiła stworzyć pogodną atmosferę. Zachęcała wolontariuszy do organizowania ognisk ze śpiewem przy gitarze, skeczami itp. Chorzy wyczuwali, że Alina oddaje im wszystkie siły, cały swój czas i całe serce. I za to Ją kochali i szanowali.

 

Źródłem, z którego Alina czerpała, była Jej żywa wiara, głęboka, rzetelna wiara, codzienne uczestnictwo we Mszy świętej, umiłowanie Pisma Świętego i rzeczywiste oddanie się Panu Bogu jako oblatka benedyktyńska. Przyrzeczenia oblackie złożyła w 1957 roku i była im wierna do końca życia. W naszych wspomnieniach pozostała jako osoba niezwykle uczciwa, szczera i prosta, życzliwa dla wszystkich, ogromnie pracowita, wymagająca od siebie i zdyscyplinowana, a przy tym obdarzona dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie i swoich dolegliwości, także w ostatnim okresie życia. Powiedziała kiedyś: „Nie masz pojęcia, jakie to irytujące, gdy się pamięta, że się zapomina …”.

 

Międzynarodowy Czerwony Krzyż przyznał Alinie Rumun prestiżowy Medal im. Florence Nightingale. Dnia 31 sierpnia 2007 r. Na uroczystym posiedzeniu w sali Krakowskiego Magistratu, w imieniu chorej Aliny medal odebrała Jej bliska współpracownica, s. Serafina Paluszek. Na medalu czytamy: „Pamięci Florence Nightingale 1820-1910”, a na rewersie: „Za szczere miłosierdzie i człowieczeństwo”.

 

Jednocześnie Alina Rumun otrzymała medal „Honoris gratia” od prezydenta miasta Krakowa oraz medal im. Ks. Ferdynanda Machaya od Związku Orawian, a także odznaczenie resortowe za zasługi w ochronie zdrowia.

 

Pogrzeb śp. Aliny Rumun odbył się 15 września 2007 r. w Zawierciu, z kościoła parafialnego pod wezwaniem śś. Apostołów Piotra i Pawła.

 

[Opracowano na podstawie wspomnień oblatów tynieckich oraz materiałów archiwalnych Katolickiego Stowarzyszenia Pielęgniarek i Położnych Polskich, oddział w Krakowie.]

Anna Świderkówna (1925-2008)

Wszystko, co mam i czego nie mam, mam dla innych

Anna Świderkówna urodziła się 5 grudnia 1925 r. w Warszawie. Rodzice – Halina, z domu Borkowska, i Marian Świderek – byli inżynierami chemikami, ojciec ponadto profesorem Politechniki Warszawskiej i dyrektorem Instytutu Chemicznego na Żoliborzu. W 1943 r. zdała maturę na tajnych kompletach w szkole im. Cecylii Plater-Zyberkówny. W 1944 r. wstąpiła do AK i podczas Powstania Warszawskiego pracowała jako sanitariuszka w szpitalu przy ul. Mokotowskiej 55. Wywieziona do obozu jenieckiego w Zeithain k. Mülbergu, wróciła do Polski w czerwcu 1945 r. Trzy miesiące później rozpoczęła studia pod kierunkiem prof. Kazimierza Kumanieckiego z zakresu filologii klasycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Do studiowania tego przedmiotu skłoniło ją zafascynowanie historią antyku. Już na pierwszym roku została asystentką w Katedrze Papirologii, kierowanej przez prof. Jerzego Manteuffla. Od tego czasu jej pasją stała się papirologia. Mówiła, że nigdy nie interesowała jej formalna filologia, styl czy rytm greckiego zdania, ale człowiek, “ten, który te teksty pisał, i ci, którzy ich słuchali czy czytali, a także postacie, o których pisano. (…) Wolałam zajmować się żywymi ludźmi, których spotykałam w papirusach, tym, jak żyli, jakie mieli problemy”.

W 1951 r. uzyskała stopień doktora, a w 1957 r. stypendium rządu francuskiego, dzięki któremu przez 5 miesięcy pracowała pod kierunkiem prof. André Bataille w Instytucie Papirologii na Sorbonie. Dwa lata później otrzymała półroczne stypendium rządu polskiego na wyjazd naukowy do Egiptu, które zostało jej później przedłużone przez prof. Kazimierza Michałowskiego. Efektem wyjazdu było przygotowanie (wraz z Mariangelą Vandoni z Universitá Statale z Mediolanu) wydania papirusów aleksandryjskich, które ukazały się w języku francuskim w Warszawie w 1964 r. W 1960 r. habilitowała się na Wydziale Historycznym UW. W 1969 r. została profesorem nadzwyczajnym, a w 1986 r. profesorem zwyczajnym. “Zawsze marzyłam, żeby moi uczniowie byli lepsi ode mnie. W papirologii ten cel udało mi się osiągnąć” – to wyznanie wiele mówi o osobowości pani Profesor.

Anna Świderkówna miała talent pisarski. Niezwykle interesująco i jasno przelewała na papier swą wiedzę. Spod Jej pióra wyszły książki: “Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku” (1959), “Historie nieznane Historii” (1962), “Książka się rozwija” (wraz z Marią Nowicką, 1970), “Papirologia i papirusy” (1975), “Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów” (1983), “Hellenika. Wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta” (1974), “Hellada królów” (1967), “Siedem Kleopatr” (1978), a także: “Bogowie zeszli z Olimpu. Bóstwo i mit w greckiej literaturze świata hellenistycznego” (1991). Jednak największą sławę i prawdziwą miłość czytelników Profesor Anna Świderkówna zyskała dzięki swoim książkom o Biblii – “Rozmowy o Biblii” (1994), “Rozmów o Biblii ciąg dalszy” (1996), “Rozmowy o Biblii. Nowy Testament” (2000) i “Rozmowy o Biblii. Opowieści i przypowieści” (2006), “Biblia w świecie greckim” (1996), “Biblia a człowiek współczesny” (2005), “Nie tylko o Biblii” (2005), “Prawie wszystko o Biblii” (2005). Są one nie tylko efektem długoletnich wykładów poświęconych Pismu Świętemu, ale przede wszystkim jej własnej potrzeby czytania i studiowania ksiąg biblijnych.

Panią Profesor cechowała absolutna szczerość wobec siebie i innych, zarówno w pracy naukowej, jak w życiu osobistym. Podkreślała, że nie miała akademickiego wykształcenia biblistycznego i mawiała, że przychodzi do Jerozolimy z Aten, co zostało uwiecznione w książce “Od bogów pogańskich do Boga Żywego” wydanej w Tyńcu. Dzięki znajomości świata antyku pokazywała, jak tekst biblijny mogli rozumieć starożytni i w ten sposób pomagała lepiej i głębiej zrozumieć sens Biblii dzisiaj. W pewnym sensie była teologiem, chociaż sama nigdy się za takiego nie uważała. Najlepszym tego dowodem jest maleńka książeczka wydana w Tyńcu, “Bóg Trójjedyny w życiu człowieka”, którą napisała w 1994 r. i którą słusznie uważała za swoje najlepsze i najbardziej oryginalne dzieło. Dzięki pani Profesor najtrudniejszy do zrozumienia chrześcijański dogmat szybko staje się początkiem radosnego odkrycia, że Bóg jest poza wszelkimi kategoriami, także poza kategorią liczby, że “Trójca Święta to nie matematyczna zagadka, gdzie trzy równa się jeden, ale tajemnica radości Boga, który jest jeden, ale nie jest samotny”.

Anna Świderkówna dzieliła się z nami nie tylko swoją wiedzą, ale także doświadczeniem wiary. Mawiała: “Wszystko, co mam i czego nie mam, mam dla innych”. Pani Profesor, przed którą wielu czuło ogromny respekt, była całkowicie otwarta na kontakt z drugim człowiekiem. Potrafiła spędzić wiele godzin rozmawiając z przypadkowo napotkanymi ludźmi, zaprosić do domu kogoś, kto do niej zadzwonił z prośbą o wyjaśnienie jakiegoś fragmentu Biblii, albo po prostu postanowił ją poznać. Uważała, że jej powołaniem jest mówienie i pisanie o Biblii, więc starała się nie odmawiać żadnej prośbie o napisanie tekstu na ten temat, ani też żadnemu zaproszeniu do wygłoszenia wykładu czy wzięciu udziału w spotkaniu poświęconemu Biblii. Nigdy siebie nie oszczędzała i nie sposób było jej przekonać, że powinna czasem odpocząć i bardziej zadbać o siebie. I to właśnie można było odczuć, gdy się z nią spotykało. Dla niej nie liczył się ani wiek, ani wykształcenie, ani poglądy polityczne, ani wyznanie… Liczył się wyłącznie człowiek i jego potrzeby. Oddawała Biblii i Bogu wszystko co miała, nic sobie nie zostawiając. Tam, gdzie zwykliśmy widzieć zło tego świata, ona starała się zobaczyć dobro, które – jak mówiła – jest mniej hałaśliwe i trudniej dostrzegalne, ale niezmiennie obecne. Profesor Anna Świderkówna zawsze starała się widzieć w innych to, co było w nich najlepsze. A to mobilizowało tych, którzy ją spotkali, starali się zrobić wszystko, żeby jej nie zawieść, żeby tej jej wizji sprostać. I świat dzięki niej  stawał się odrobinę lepszy.

Anna Świderkówna za swojego przewodnika w życiu duchowym wybrała św. Benedykta, co zaowocowało przyrzeczeniami oblackimi w kwietniu 1982 w opactwie benedyktynek w Żarnowcu. Nieco wcześniej, po śmierci matki, zapukała do furty tegoż opactwa, aby w nim pozostać, ale okazało się, że jej powołaniem było dzielenie się wiedzą i swoją głęboką wiarą w świecie. Jeszcze jako oblatka żarnowiecka była ściśle związana z Tyńcem. Wielokrotnie odwiedzała klasztor, zwłaszcza w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Przyjeżdżała również na dni skupienia, podczas których, po śmierci o. Augustyna Jankowskiego (Jej ojca duchownego), prowadziła spotkania biblijne. W lutym roku 2003 za zgodą władz zakonnych związała się z opactwem tynieckim. Już jako oblatka tyniecka w roku 2004 prowadziła rekolekcje wielkopostne dla oblatów tynieckich, czego owocem jest książeczka wydana przez Wydawnictwo Tyniec w serii „Z Tradycji Mniszej” – “Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony”.  

Elżbieta Przybył, współautorka książki biograficznej “Chodzić po wodzie”, tak napisała w swoim wspomnieniu: “Choć dla niej samej i dla jej bliskich było to niezwykle trudne doświadczenie, Bóg zechciał w szczególny sposób przygotować ją na spotkanie z sobą. Po kolei zabierał wszystko, na czym mogłoby jej w życiu zależeć bardziej niż na Nim – samodzielność i niezależność, pamięć, dar mowy… Widząc to stopniowe i w pełni przez nią samą uświadomione ogołacanie, trudno było nie zadawać sobie pytań o sens takiego cierpienia. Znając ją trudno też było nie myśleć, że  ona sama na tak postawione pytanie udzieliłaby prostej benedyktyńskiej odpowiedzi:  «Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony».

Na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu powązkowskim odprowadzili Panią Profesor przyjaciele, uczniowie, siostry zakonne, księża i biskupi. Szli starzy i młodzi, warszawiacy i przybyli z różnych stron Polski, aby towarzyszyć jej do końca w ziemskiej wędrówce. Nad jej grobem prof. Stanisław Luft, towarzysz z Sodalicji Mariańskiej, odmówił Ojcze nasz i Zdrowaś Mario w języku greckim. Wśród zebranych nie widać było łez, tak głębokie mieli wszyscy przekonanie, że jest już szczęśliwa w domu Ojca.

(Tekst wspomnień oparty jest na artykule Elżbiety Przybył-Sadowskiej opublikowanym 19.08.2008 w Tygodniku Powszechnym).

Izabela Kumelowska (1916-2008)

Pan Bóg wziął zatem człowieka
i umieścił go w ogrodzie Eden,
aby uprawiał go i doglądał (Rdz 2,15).

Izabela Kumelowska z domu Szymusik urodziła się w Krakowie w rodzinie inteligenckiej w 1916 roku, a więc podczas pierwszej wojny światowej. Dziadek Ignacy Kranz dręczył funkcjami logarytmicznymi młodego Wyspiańskiego w gimnazjum św. Anny. Ojciec Stanisław Szymusik był współpracownikiem Wincentego Witosa. Matka Maria studiowała w wiedeńskim konserwatorium. Mała dwuletnia Iza, siedząc na ramionach ojca, była świadkiem zmiany warty przed odwachem na Rynku Krakowskim 11 listopada 1918 roku – moment ten uznano za datę odzyskania niepodległości Polski. Wspomnienie tego faktu przetrwało do końca życia w jej pamięci. W pamięci Izabelli ważne miejsce zachowały także dziewczynki spod Żywca, jej opiekunki w dzieciństwie. Jedna z nich została później piastunką jej synków.

Po ukończeniu gimnazjum ss. Urszulanek w Krakowie, podjęła studia chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiowała w tych samych salach, w których Olszewski i Wróblewski po raz pierwszy w świecie skroplili tlen. Po ukończeniu tych studiów odbyła praktykę w Gazowni Miejskiej. Podczas studiów, jako członkini Teatru Akademickiego, objechała z występami kraje bałkańskie. Z zapałem żeglowała, początkowo po kresowym jeziorze Trockim. Latem 1939 roku odbyła pierwszy i zarazem ostatni rejs pełnomorski z Gdyni do Sztokholmu.

Podczas okupacji hitlerowskiej działała w RGO i w konspiracji. Przyjacielskie stosunki z jedną z rodzin, którymi się opiekowała przetrwały do dziś, mimo że potomkowie jej podopiecznych mieszkają teraz w Gdyni. Studiowała też podczas wojny na tajnych kompletach rolnictwo (wówczas był to wydział UJ). Po wojnie odbyła praktykę na Wydziale Rolniczym w Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie uzyskała stopień doktora nauk rolniczych. Aż do przejścia na emeryturę pracowała na stanowisku adiunkta w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin (IHAR). Dzięki osiągnięciom naukowym oraz znajomości języka francuskiego dwukrotnie była wysyłana na stypendium do Francji.

W roku 1954 wyszła za mąż za mecenasa Andrzeja Kumelowskiego, z którym miała dwóch synów i doczekali się dwóch wnuków. Starszy syn Piotr Kumelowski mieszkający obecnie w USA tak wspominał na zakończenie Mszy Świętej pogrzebowej: “Nie była Matką do której biegło się przylepić z powodu byle guza czy stłuczonego kolana. Była poważna, wymagająca, głęboko religijna, czasem uparta i twarda. Dobrze zapamiętałem pozornie drobną scenkę, która rozegrała się na spotkaniu rodzicielskim z organizatorami mojego pierwszego obozu harcerskiego. Młoda instruktorka i instruktor – sądząc, że przyszłość należy do nich – oznajmili, iż wobec “świeckiego rozdziału państwa od organizacji” dzieci nie będą puszczane na niedzielne Msze. Po raz pierwszy jako dziecko zobaczyłem wtedy moją Matkę tak rozzłoszczoną na obcych i gotową do walki o to, co uważała za istotne”.

W 1987 roku wraz z mężem i młodszą siostrą Zofią Pochitonow na ręce o. Adama Kozłowskiego OSB złożyła przyrzeczenia oblackie, czym przypieczętowała swój wcześniejszy związek z opactwem Tynieckim. Mimo, że z przybywającymi latami miała coraz większe trudności z poruszaniem się przyjeżdżała do Tyńca na dni skupienia i rekolekcje oblackie. W lecie tego roku wraz z synem i wnukami, którzy stale mieszkają w USA, ale w ramach wakacji przyjechali do Krakowa, zwiedziła “wielką ruinę” w Tyńcu. To był jej ostatni kontakt z opactwem.

W 1990 roku państwo Kumelowscy przeprowadzili się z Dębnik na Wolę Duchacką do domu rodzinnego zbudowanego w 1923 roku przez ojca Izabelli i Zofii. Ten piękny modrzewiowy dom właśnie Iza, z wielką energią i zaangażowaniem, uratowała przed zniszczeniem i doprowadziła do obecnego stanu. Jej dziełem jest też piękny ogród, w którym stoi ten dom. Mimo słabnących sił prawie do ostatniej chwili życia pielęgnowała swoje ukochane kwiaty. Były one jej pasją życiową, a druga to zwierzęta, którymi opiekowała się już jako mała dziewczynka. Zostaje po Izie wiele, między innymi krzak piwonii posadzony jej ręką w odległej Ameryce, który co wiosnę rozkwita pięknym różowym kwieciem. Była osobą bardzo pracowitą, serdeczną, pogodną, a jednocześnie w gruncie rzeczy nieśmiałą.

Kiedy kilka lat temu Iza zachorowała na grypę, czego omal nie przepłaciła życiem, uratowała ją dr Małgorzata Wójcik-Bugajska, która od tego momentu stale się nią opiekowała. W niedzielę 5 października 2008 Iza zasłabła podczas Mszy Świętej, mimo silnego bólu w klatce piersiowej przyjęła Komunię Świętą, potem została odwieziona przez pogotowie do szpitala klinicznego przy ul. Śniadeckich, gdzie tak się złożyło, że przyjęła ją ta sama lekarka, która właśnie wtedy miała dyżur. Iza w szpitalu straciła przytomność i nie odzyskała jej. W poniedziałek 6 października spokojnie odeszła do Pana. Taką dobrą, benedyktyńską śmierć wymodliła jej Zofia – jej siostra.

Dariusz Waldziński (1959 – 2011)

Biegnij Bracie Oblacie

Nie tylko ku słońcu

Za rosą co na trawie przykucnęła świtem

Biegnij Bracie jak Paweł

Gdy się świętym stawał

Po krokach Chrystusowych

Po wieniec zwycięstwa.
Mateusz Pieniążek
„W ŚWIECIE DUCHA NIE MA POŻEGNAŃ”. Te słowa Zygmunta Krasińskiego cytowałam już niejednokrotnie. Tym razem muszę znów od nich zacząć. Nie umiem o Dariuszu pisać jak o zmarłym. Czuję Jego obecność, widzę Jego uśmiech. Często biegną do Niego moje myśli i słowa. Właśnie w tej chwili również: Dariuszu – Bracie oblacie! Szukaliśmy (i Ty, i ja) harmonii w życiu. Szukaliśmy Boga! Jakież byłoby to szczęście: mieć czas dla NIEGO, dla rodziny, dla bliźnich i dla siebie! A w sercu: – PAX! Dane nam było odnaleźć drogowskaz – praktyczną mądrość św. Benedykta!
Pojawiłeś się niespodziewanie na mojej benedyktyńskiej drodze. Było to w czasie, kiedy moją radość z odnalezienia kierunku, przygniatało brzemię odpowiedzialności i świadomość, że istnieje możliwość pomocy duchowej ludziom… Rodziła się wspólnota… Pojawiłeś się na progu Księgarni Ambasador w Olsztynie, w momencie, gdy ważność spraw przerastała moje skromne możliwości i siły. (Te trudności nie były w stanie przyćmić szczęścia, które było we mnie. Nosiłam skarb ukryty Mt13,44). Bóg dał nam Ciebie, jako DAR KU umocnieniu mojej osoby i naszej młodej, słabej jeszcze wspólnoty. Zasiliłeś nas swoim autorytetem, erudycją, elokwencją, elegancją, stabilnością, solidnością, kulturą … Mnie traktowałeś jak swoją starszą siostrę w duchowych rozmowach i zmaganiach. Onieśmielona byłam Twoim zaufaniem. Z dziecięcą ufnością, ciekawością i otwartością wchłaniałeś łaskę wiary. Chociaż niekiedy bywało „pod górkę”. Doświadczyłeś tego, jak trudno jest połączyć osobiste życie duchowe, obowiązki stanu, pracę zawodową, a w roli koordynatora – sprostać oczekiwaniom ludzi…
Trzeba wciąż uczyć się myśleć i postępować „po Bożemu, a nie po ludzku”. Wymaga to wiary, determinacji, spala organizm człowieka… Ale…, to już jest poza Tobą!
Mądrość św. Benedykta! Jako naukowiec, rozpoznałeś jej ogromną wartość. Nadała Ci ona również kierunek prac badawczych… Z powagą i pokorą przyjąłeś nominację na koordynatora Wspólnoty BENEDICTUS. W skromności i zatroskaniu prosiłeś mnie (prostą kobietę) o wsparcie. Teraz ja ośmielam się prosić Ciebie: Dariuszu, pomóż! Pomagaj nam! Módl się za nami razem ze św. Benedyktem, św. Wojciechem, św. Brunonem z Kwerfurtu, św. Janem Chrzcicielem, św. Franciszką Rzymianką, św. Rytą (Orędowniczką od spraw trudnych i beznadziejnych) oraz ze wszystkimi Świętymi. Ośmielę się wyrazić intencję: Prosimy o Klasztor Benedyktynów blisko Olsztyna. On by rozwiązał nasze problemy. BENEDICTUS!!
Barbara Marszałek.
Pana Dariusza poznałam we wspólnocie BENEDICTUS. Przyjeżdżał z Elbląga, gdzie mieszkał, na poniedziałkowe spotkania. W Olsztynie na Uniwersytecie wykładał ekonomię. Wykładał po swojemu. Na szerokim tle humanistycznym ukazywał możliwości i piękno życia uporządkowanego społecznie. Życia mądrego i prawdziwego. Zawsze mówił do pełnej sali. Oprócz dużej wiedzy, własnych przemyśleń i doświadczenia, miał prawdziwe i głębokie życie duchowe; kochał Pana Boga i bliźnich i czynił to bez ostentacji. Kochał tez swoją Rodzinę i swój zawód. Miał trwałą pogodę ducha.
Chętnie z Nim rozmawiałam. Najczęściej o sztuce życia, ale również o duchowości, nauce społecznej Kościoła, młodych ludziach we współczesnym świecie. Czasem punktem wyjścia do dyskusji było jakieś wydarzenie, czy wspólnie obejrzany film. Dobre rozeznanie i mądrość pana Darka sprawiały, że dyskusje były ożywione i twórcze. Zachwycały mnie szczególnie Jego refleksje osobiste: o żonie, córkach, rodzinie. Na moje nieśmiałe życzenie pan Darek przywiózł do mnie żonę Aleksandrę – lekarza anestezjologa, nazywaną przez pacjentów aniołem wyciszenia i dobroci. Nasze długie rozmowy o wszystkim: o uczelni, młodzieży, Polsce, życiu codziennym wzbogaciliśmy w pewnym momencie o rozważania o duchowości benedyktyńskiej, wypracowania harmonii między modlitwa, pracą i odpoczynkiem. Pan Dariusz często bywał zmęczony, czemu nie należy się dziwić, bo wykładał swoją ukochaną ekonomię na kilku uczelniach, zarówno w Olsztynie, jak i w Elblągu, a mimo to znajdował czas na rozmowy ze mną o tak różnych sprawach.
Po otrzymaniu od o. Włodzimierza Zatorskiego propozycji zostania oblatem , pan Dariusz potraktował ją głęboko i odpowiedzialnie; nasze rozmowy zaczęły bardziej oscylować wokół duchowej drogi człowieka, jego otwartości na Boga i bliźniego, na poszukiwaniu prawdy i harmonii, na potrzebie apostolstwa w świecie. Jako przykład rozpatrywaliśmy duchowości różnych zakonów i wspólnot religijnych. Dochodziliśmy do wniosku, że zawsze i wszędzie najważniejsze jest DOBRE BYCIE RAZEM. Człowiek został powołany do życia na obraz i podobieństwo Boga, a Bóg jest Wspólnotą Osób, jest RAZEM. Pytanie, które nas zawsze nurtowało, to jak sprawić, aby pojedyncze wspaniałe jednostki efektywnie i zgodnie współpracowały i były razem. Pan Darek zadziwiał mnie swoim ukierunkowaniem na nieskończoność i umiejętnością dystansowania się do rzeczy i spraw przemijających. Wrażliwy i delikatny, pogodny i ciepły, głęboko myślący i nie ulegający nastrojom i rozpaczy, umiejący słuchać, oblat benedyktyński w drodze – pan Dariusz.
Były to dobre i ciekawe rozmowy. Potrzebne Jemu i mnie. A może każdemu człowiekowi.
Panie Boże, daj swemu wiernemu słudze Dariuszowi trwałe miejsce przy Tobie w gronie świętych. Amen. Alleluja.
Józefa Piskorska
Dariusz……..Darek, od kiedy przyszedł do BENEDICTUSA był dla mnie ciepłym, łagodnym, inspirującym człowiekiem.
Gdy myślę o Darku teraz, kiedy nie ma go wśród nas, to dwie sytuacje są dominujące. Jedziemy z Darkiem na przyrzeczenia oblackie kochanej Basi Marszałek do Tyńca. Cały dzień podróżowania. Również modlimy się. Bardzo utkwiła mi modlitwa Darka z nami, szczególnie na różańcu. Głos Darka tę modlitwę bardzo wzmocnił. Było to silne wrażenie, które wtedy odczuwałam.
Druga sytuacja. W tym roku, przed zimowymi rekolekcjami w Gietrzwałdzie, zostaje przekazana mi informacja, że nowicjusze mogą składać przyrzeczenia oblackie. We mnie – lato (11 lipca ! ), Tyniec. Darek prosi mnie o spotkanie. Rozmawiamy. W nim determinacja, że musi teraz, że to najlepszy czas. Wracam do domu „bijąc się z myślami” i dopiero wtedy dzwonię do Darka i przekazuję decyzję, że ja również przystępuję do przyrzeczeń. To Darek pomógł mi stać się oblatką benedyktyńską – już teraz!
Darku, jesteś w mojej ciągłej pamięci modlitewnej.
Niuta Wanagiel

Kiedy przygotowywaliśmy się do oblatury, Dariusz powiedział, że nie chce dłużej czekać, że chce w czasie rekolekcji w Gietrzwałdzie w lutym bieżącego roku złożyć przyrzeczenia. Po przyrzeczeniach oblackich złożonych na ręce o. Włodzimierza opowiadaliśmy o sobie i drodze do oblatury. Dariusz powiedział: „teraz mam sześć sióstr, więc nie zginę …”. Dariusz, nasz Brat, pierwszy odszedł do Pana. Nie zawsze mógł być z nami na comiesięcznych spotkaniach, ale kiedy trzeba było reprezentować Wspólnotę wobec ojca Opata, Arcybiskupa, ustalać z o. Włodzimierzem czy z o. Dąbkiem rekolekcje był gotowy i robił to godnie. Zawsze serdeczny, szczery, przyjacielski, otwarty …
…w połowie dni moich odejść muszę (Iz 38,10). Myślę o Oli, żonie Darka i Jego córkach. Jest im jeszcze trudniej niż nam. Olę poznałam na uroczystosciach 10-lecia wspólnoty BENEDICTUS. Trudno przyzwyczaić się do myśli, ze Dariusza nie ma już z nami „w drodze …”, jest u Pana i na pewno oręduje za nami, a naszej Wspólnocie potrzeba umocnienia i wsparcia.
Maryla Kalinowska

O Darku słyszałam już wiele dobrego, zanim Go poznałam. Znajomi z Uniwersytetu Warmińsko Mazurskiego przedstawiali Go jako wspaniałego, mądrego, obdarzonego dużym poczuciem humoru człowieka. Ich dzieci natomiast bardzo pozytywnie wypowiadały się o Nim jako o wykładowcy. O tym, ze był mistrzem w swojej dziedzinie, może świadczyć to, że nie miał problemów z frekwencją na wykładach z ekonomii, które jak dla studentów zaczynały się bardzo wcześnie, bo o 7.30. Dzielnie przekazywał studentom mądrość Świętego Benedykta, którym był zafascynowany.
Z Darkiem widywaliśmy się u przyjaciół i na spotkaniach BENEDICTUSA. Zdumiewał ogrom Jego wiedzy, elokwencja, wytrwałość, pasja i radość życia. Jego zaraźliwy humor potrafił rozładować wiele napięć. Przypominam Zjazd Oblatów w Tyńcu, gdzie przed trzema laty nie tylko potrafił wzbudzić szacunek swoją olbrzymią wiedzą, obyciem, erudycją, ale też potrafił zjednać do siebie ludzi poprzez otwartość i urok osobisty. Po prostu lubił ludzi i teraz będzie brakowało rozmów z nim, wspólnego świętowania, śmiechu. Do naszej olsztyńskiej grupy Benedictus wniósł wiele świeżości, odwagę nazywania ,,rzeczy po imieniu”, zapał, benedyktyńską pracowitość i fachowość. Takiego Go zapamiętamy.
Irena Rymszewicz

Poznałam Darka podczas II Zjazdu Oblatów Benedyktyńskich w Tyńcu jesienią 2008 r. Był współprowadzącym spotkania. Emanował spokojem, ciepłem, erudycją. Potem widywaliśmy się w czasie rekolekcji i różnych spotkań BENEDICTUSA. Inteligentne, przenikliwe oczy sprawiały, że człowiek go uważnie słuchał. Będąc spoza Olsztyna niewiele go jednak znałam. Intrygował, ciekawił pytaniami, poszukiwaniami ducha, ale czekając na bardziej sprzyjające okoliczności ciągle odkładałam rozmowy na później. Szkoda, bo tych okoliczności już nie będzie. Zostawił mi po sobie lekcję niewykorzystanych chwil spotkania.
Kiedy odchodzą od nas dobrzy ludzie, pełni dojrzałej wiary, ale ciągle jeszcze młodzi, z całym bogactwem spraw rodzinnych i zawodowych, to zostawiają za sobą poczucie jakby śmierć była sekretnym darem Opatrzności. Tajemnica tego daru jest przed nami zakryta, ale tchnie spokojem i ufnością. Takie poczucie miałam dowiedziawszy się o chorobie, a wkrótce i o śmierci Darka. Choć Jego odejście jest trudne i zasnuwa serce smutkiem, to także niesie pokój wynikający z dobrego życia, które Darek za sobą zostawił. Niech odpoczywa w ramionach Ojca!.
Maria R.

Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce w domu Darka i Oli w Sztutowie. Po rekolekcjach w Olsztynie pojechaliśmy z o. Włodzimierzem odwiedzić ich, pogadać, pomodlić się o zdrowie Darka. Dotarliśmy dość późno, ale mimo wielkiego wyczerpania Darek czekał. Choroba wycisnęła swoje piętno, jednak oczy pozostały jeszcze głębsze, bardziej wyraziste. Tej niedzieli w czytaniu z listu do Rzymian św. Paweł przypomniał nam, że żyjemy dla Pana i umieramy dla Pana. Darek powitał Ojca Włodzimierza słowami: „Ojcze, dziś zrozumiałem, co te słowa znaczą”. Rozmowa była krótka, Darek szybko się męczył. Poprosił o błogosławieństwo na nadchodzącą noc, wcześniej skarżył się na bezsenność.
Potem przygotowania do Mszy Świętej, która miała być na drugi dzień rano. Krótki sen, przerywany modlitwą o zdrowie dla Darka i siły dla Oli. Rano Darek był jakby silniejszy. Nie zapomnę Jego gorącej, pełnej pokory modlitwy dziękczynnej. Po Mszy wyszłyśmy z Olą i Agatą, a Ojciec został na serdeczną rozmowę. Po śniadaniu, o które ku radości Oli poprosił Darek, chwila rozmowy. Ojciec widać tchnął w Darka nadzieję, bo pożegnał nas słowami, że zajęcia na Uczelni spodziewa się podjąć w drugim semestrze. Przez myśl mi nie przeszło, że za dwa tygodnie będziemy Go żegnać na Cmentarzu Komunalnym w Elblągu.
Dziękuję Bogu, że mogłam towarzyszyć Ojcu, dziękuję za dar tego spotkania, za Darka i Olę.
Teresa Lubowiecka
Na pogrzebie Dariusza o. Włodzimierz zabrał głos jako ostatni. W krótkich słowach zwrócił się do Oli i Jej córek:
Pozwolę sobie tutaj na tym miejscu powiedzieć coś, co nie zostało powiedziane, a powinno być powiedziane. Kiedy rozmawiałem z Dariuszem na różne tematy, wiele spraw go martwiło, że nie są realizowane tak, jak powinny, że brak w nich właściwego ducha, a nawet istnieją problemy od strony moralnej. Kiedy jednak pojawiał się temat domu i rodziny, to zawsze tak, jak gdyby zaświecił promień słońca: jasny i ciepły. Dlatego na tym miejscu chciałbym w imieniu Dariusza powiedzieć: Olu, byłaś wspaniałą żoną! Dziękuję Ci! Darek bardzo cieszył się rozwojem córek. Agatko i Magdo jesteście dobrymi córkami, obyście także były córkami ojca w wymiarze duchowym.

Antoni Franaszek (1922-2012)

            W czerwcu 2012 r. Antoni Franaszek skończyłby 90 lat. Niestety, 12 stycznia tego roku odszedł od nas do Domu Pana. Był historykiem, nauczycielem, wychowawcą, pedagogiem, pracownikiem muzealnym, dziennikarzem. Był mężem i ojcem pięciorga dzieci. Podobnie jak wielu ludzi Jego pokolenia został mocno doświadczony przez życie. Mimo to nigdy się nie załamywał i nigdy nie złorzeczył Swoim prześladowcom.

Urodził się 11 czerwca 1922 r. Był najmłodszym z sześciorga rodzeństwa ubogiej rodziny mieszkającej na Prądniku Czerwonym, wówczas jeszcze pod Krakowem. Gdy skończył 17 lat wybuchła II wojna światowa. W dwa lata później zmarł Jego ojciec, a wkrótce także najstarszy z braci. Losy życiowe reszty rodzeństwa sprawiły, że został w domu jako jedyny mężczyzna wraz z matką i siostrą. Na nim też spoczął obowiązek uprawy ziemi, aby rodzina mogła się wyżywić. Wybuch wojny w istotny sposób wpłynął na jego stosunek do religii. Jak sam później przyznał 3 września 1939 r. odbył generalną spowiedź, a od adwentu 1940 r. rozpoczął, trwające przez całe życie, codzienne uczestnictwo we mszy św. połączone z przyjmowaniem Najświętszego Sakramentu.

 Wraz z wybuchem wojny związał się z jedną z organizacji konspiracyjnych Stronnictwa Narodowego, a jednocześnie rozpoczął naukę na tajnych kompletach. Dzięki nim w maju 1942 r. zdał tzw. dużą maturę, aby w październiku tego roku rozpocząć studia na tajnych kompletach historii. Szczególnie dramatyczne wydarzenia z lat okupacji miało miejsce we wrześniu 1944 r., kiedy w trakcie łapanki został zaaresztowany i osadzony w więzieniu przy ul. Montelupich, skąd dosłownie cudem został uratowany.

Po zakończeniu II wojny światowej kontynuował studia historyczne i polonistyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1946 r. z tytułem magistra historii. W trakcie studiów działając w pomocy akademickiej „Bratniak” organizował życie religijne wśród studentów. Za najważniejszy cel swojego życia uważał pracę pedagogiczną i wychowawczą wśród młodzieży w duchu katolickim. Dlatego po ukończeniu nauki zdecydował się opuścić Kraków twierdząc, że najsilniej może oddziaływać swoim osobistym przykładem w małej miejscowości, gdzie jego bezkompromisowa religijna postawa będzie zauważona. W 1946 r. przyjął posadę nauczyciela w nowo otwartym gimnazjum w niewielkiej Charsznicy, leżącej w powiecie miechowskim. W 1950 r., tak jak wielu innych Polaków, wraz z żoną Krystyną i dwójką dzieci wyjechał na tzw. Ziemie Odzyskane. W Malborku podjął pracę w liceum ogólnokształcącym im. Henryka Sienkiewicza. Został także wychowawcą w internacie dla chłopców. Jako nauczyciel historii unikał przekazywania informacji fałszujących historię naszej ojczyzny, a jako wychowawca realizował założenia wychowania młodzieży w duchu wiary. Taka postawa, a zwłaszcza jego codzienne uczestnictwo we mszy św. były niezgodne z wytycznymi ideologii marksistowskiej i bardzo szybko doprowadziły do konfliktu z miejscową partyjną kliką. Już po kilku latach pracy funkcjonariusze partyjni podjęli działania mające na celu pozbawienie Go posady nauczyciela i wychowawcy. Takie wydarzenia polityczne jak śmierć Stalina w 1953 r. czy też dojście do władzy Władysława Gomułki w 1956 r. jedynie odsuwały ten moment, który – mimo Jego ogromnych sukcesów wychowawczy i dydaktycznych – ostatecznie nastąpił w 1962 r. Potwierdzeniem słuszności Jego postawy były listy jakie aż do śmierci otrzymywał od swoich uczniów.

Po usunięciu z liceum podjął pracę w charakterze wychowawcy w Zakładzie Poprawczym w Malborku. Praca w Zakładzie była bardzo trudna, lecz udało Mu się stosunkowo szybko uzyskać życzliwość ze strony wychowanków, gdyż szanował ich ludzką godność, chociaż byli przestępcami. Cenił Go również dyrektor Zakładu. Praca była jednak bardzo ciężka, jej wyniki dawały niewiele zadowolenia. W 1964 r. po dwóch latach pracy, ze względu na znaczne osłabienia zdrowia, za radą lekarzy musiał zrezygnować z tej pracy. Wówczas, w wrześniu 1964 r. otrzymał od dyrektora powstałego w tym czasie Muzeum Zamkowego w Malborku, propozycję przejścia do pracy muzealnej. Był tutaj osobą już znaną, ponieważ jako przewodnik turystyczny wielokrotnie oprowadzał zagranicznych turystów po zamku, a pomocna była mu w tym znajomość języka angielskiego i francuskiego. Jako kustosz Muzeum Zamkowego został kierownikiem Działu Informacyjnego, a następnie kierownikiem Działu Historycznego. Nie zapomniał jednak o nim Komitet Powiatowy PZPR. Pod koniec lat 60. funkcjonariusze partyjni zażądali od dyrektora zwolnienia Ojca podając jako powód „niewłaściwie informowanie zagranicznych turystów”. Wobec nasilających się ataków sam dyrektor Muzeum radził Mu, aby się starał o pracę w Krakowie, gdzie miał licznych znajomych. W tej sytuacji na przełomie 1969/1970 r. z całą, już siedmioosobową, rodziną znalazła się w Krakowie.

Od 1970 r. do 1992 r. pracował w Państwowych Zbiorach Sztuki na Wawelu, gdzie zajmował stanowisko kustosza i kuratora. Kierował Działem Historyczno-Archiwalnym i Zespołem do spraw Historii Wawelu. W 1978 r. uzyskał stopień naukowy doktora. Jest autorem kilkunastu publikacji naukowych.

Wraz z przejściem na emeryturę nie zrezygnował z pracy naukowej i społecznej W styczniu 1992 r. w siedmioosobowym zespole zakładał Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”. Nieomalże do końca swojego życia był jego podporą i filarem.

Jego przystąpienie do oblatów Opactwa Benedyktyńskiego w Tyńcu 13 czerwca 1981 r. w dniu św. Antoniego, swojego Patrona, było naturalną konsekwencją obranej w młodości drogi. Wspomniano już o codziennym przyjmowania Komunii świętej podczas mszy św. Nie można zapominać o jego aktywnym zaangażowaniu się w różne formy życia Kościoła. Już w 1945 r. był współorganizatorem i prezesem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej (KSMM) na Prądniku Czerwonym. W następnym roku został pierwszym prezesem KSMM Oddziału Krakowskiego. W latach 1957–1962 należał do bliskich współpracowników ks. kardynała Prymasa Wyszyńskiego w organizowaniu rekolekcji i dni skupienia dla nauczycieli na Jasnej Górze. Od 1970 r., przez kilka lat, z ramienia Duszpasterstwa Rodzin Krakowskiej Kurii głosił prelekcje dla narzeczonych i młodych małżeństw w parafiach Archidiecezji Krakowskiej. Był aktywnym uczestnikiem Ruchu Trzeźwości organizowanym przez Krakowską Kurię. W latach 1972–1979 uczestniczył w pracach Synodu Krakowskiego, jako członek Komisji ds. Duszpasterstwa oraz Zespołu Redakcyjnego ds. Młodzieży. W latach 1981–1990 był członkiem Duszpasterskiej Rady Archidiecezji Krakowskiej. W czerwcu 2002 r. został Kawaler Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Kończąc swoje życie tutaj na Ziemi pozostawił żonę Krystynę, pięcioro dzieci, czternaścioro wnucząt i jedenaścioro prawnucząt.

 

Piotr Franaszek

Ludmiła Flagorowska (1942-2012)

 

1 lutego 2012 r. zmarła po długiej i bolesnej chorobie oblatka tyniecka Ludmiła Flagorowska. Miała 69 lat. Bardzo mężnie i spokojnie znosiła swoją chorobę. Do jednej z koleżanek wyszeptała: „Pan Bóg wie, co robi”.

Pogrzeb odbył się 14 lutego na Cmentarzu Batowice. Ojciec Tomasz Dąbek przypomniał, że Ludmiła była oblatką i powierzył Ja opiece św. Benedykta, patrona dobrej śmierci.

Ludmiłę poznałam pól wieku temu, gdy przyjechała z Mielca do Krakowa, aby rozpocząć studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Spotkałyśmy się niezbyt często, ale zdążyłam zauważyć Jej błyskotliwą inteligencję i samodzielność myślenia. Miała swój styl.

Po ukończeniu studiów podjęła pracę na macierzystym Wydziale Architektury. Była raczej skryta, nawet nieco tajemnicza, a może przez skromność nie mówiła o swoich sukcesach. Dopiero gdy w 2010 r. wydała książkę pt. „Szkic do hologramu istnienia. Próba wizualizacji Dobrej Nowiny”, którą od Niej otrzymałam, przeczytałam w notce biograficznej streszczenie Jej osiągnięć zawodowych:

Architekt, doktor nauk technicznych od 1976 r., były adiunkt na Politechnice Krakowskiej. Członek Komisji Urbanistyki i Architektury PAN Oddział Kraków.

Studia na Politechnice Krakowskiej oraz dwuletnie podyplomowe na Politechnice Warszawskiej. Staże zawodowe na uczelniach, a także poza nimi. Odbyła podróże naukowo-zawodowe do Belgii, Francji, Danii i Japonii.

Dorobek naukowy to: 36 publikacji, ponad 300 opracowań do ewidencji zabytkowych parków i kompozycji krajobrazowych (w tym opinie i recenzje) oraz 48 pozycji różnych praz studialnych i projektowych (w tym zbiorowych).

Była gorącą patriotką. Kochała Polskę i przejmowała się wszystkim, co jej dotyczy. Ks. Proboszcz parafii p.w. św. Jana Kantego w Krakowie w homilii na Mszy Świętej pogrzebowej, nawiązując do słów z Pierwszego Czytania z Listu św. Pawła do Rzymian: Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie, pytał: dla kogo żyła Ludmiła, skoro szła przez życie samotnie? I opowiedział o początkach i rozwoju pracy parafialnego zespołu charytatywnego, który założyła i prowadziła Ludmiła. I zakończył wnioskiem: Ona nie żyła dla siebie.

O początkach Jej inicjatywy akurat mi powiedziała: „Siedziałam przed telewizorem i nagle uświadomiłam sobie swoją bezużyteczność”. (Moim skromnym zdaniem przesadzała.) I od tej myśli przeszłą do czynu. Źródłem Jej aktywności życiowej, mimo słabego zdrowia, była niewątpliwie Eucharystia – częste uczestnictwo w Mszy Świętej, co też podkreślił ksiądz proboszcz. W ostatniej chorobie, gdy ksiądz przyszedł do Niej do domu z Komunią Świętą, rozpłakała się ze wzruszenia, że w tym wielkim cierpieniu Pan Jezus Jej nie opuścił.

Ludmiła była zaprzyjaźniona z Pismem Świętym. Szukała w Nim nie tylko inspiracji do pracy (o czym świadczy choćby wspomniana książka), ale także wskazówek, jak postępować w konkretnych sytuacjach życiowych. Czytała Pismo Święte z wiarą, ale równocześnie krytycznie i twórczo. Dzieliła się swoimi oryginalnymi spostrzeżeniami i przemyśleniami.

Ostatnio frapował Ją problem zmartwychwstania. Oczywiście nie podważała wiary w zmartwychwstanie, ale nurtowało Ją pytanie: jak to było z Chrystusem i jak będzie z nami? Mówię: dowiemy się po śmierci. A Ona na to: ale ja chcę wiedzieć już! Ufam, że już wie więcej …

Zakończę spontaniczną modlitwą o. Leona na wieść o Jej śmierci:

Wieczny i zasłużony pokój
niech Jej da Jezus. Amen

Krystyna Szałajko

© 2017 Opactwo Benedyktynów | www.tyniec.benedyktyni.pl