Ideał benedyktyński

  • 20 sierpnia 2019

Ideał benedyktyński

Na pytanie: po co istnieją benedyktyni i benedyktynki? – różne można usłyszeć odpowiedzi. Wyobrażają sobie niektórzy, że celem tego zakonu jest praca naukowa. Ta odpowiedź ma źródło w sławie naukowej, jaką zdobyli mnisi francuskiej kongregacji Św. Maura w XVII i XVIII wieku i inni uczeni benedyktyńscy. Kto jednak zna historię i stan obecny zakonu, ten wie, że działalność naukowa nigdy nie zajmowała w nim górującego stanowiska. Inni sądzą, że zadaniem benedyktynów jest krzewienie oraz pielęgnowanie kultury materialnej i duchowej wśród ludów chrześcijańskich i wysoko cenią ten zakon dla jego zasług na tym polu. Ale i tu historia uczy, że praca kulturalna była tylko ubocznym owocem życia mniszego. Mamy dalej uproszczone rozwiązanie pytania: to jest zakon kontemplacyjny, który istnieje po to, aby uprawiał modlitwę kontemplacyjną.

Jeśli dla dwóch pierwszych odpowiedzi brak jakiegokolwiek uzasadnienia w Regule, to za ostatnią przemawiałyby pewne jej fragmenty. Lecz cała Reguła i rzeczywistość życia benedyktyńskiego świadczą, że kontemplacja nie obejmuje wszystkich przejawów tego życia. Są i tacy, którzy pamiętając, że kilka narodów w Europie zostało pozyskanych dla Kościoła i wiary przez mnichów św4 Benedykta, wysuwają na plan pierwszy duszpasterstwo i inne formy prac apostolskich. Z tym poglądem nie można się zgodzić, gdyż św. Benedykt w swej Regule duszpasterstwa nie nakazał ani nie zalecał, chociaż go nie wykluczał, jak wiemy z Dialogów św. Grzegorza. Wiemy również, że były i są klasztory benedyktyńskie o doskonałej obserwancji, które duszpasterstwa na zewnątrz klasztoru nie prowadzą. Wreszcie często można spotkać się ze zdaniem, że celem zakonu benedyktyńskiego jest publiczna liturgiczna służba Boża, sprawowana przez mnichów i mniszki w imieniu Kościoła, że benedyktyni są propter chorum fundati i że ich głównym zadaniem wewnętrznym jest liturgiczne apostolstwo. Pogląd taki ma za sobą i ten fakt, że św. Benedykt niczego nie pozwolił stawiać wyżej niż opus Dei, że nadto benedyktyni w ciągu swych dziejów okazywali szczególną dbałość o kult publiczny, że wreszcie w ostatnich stu latach liturgia stała się hasłem wielu benedyktyńskich pisarzy i programem wielu kwitnących opactw. Mimo tego wszystkiego trzeba uznać pogląd ograniczający ideał benedyktyński do pielęgnowania liturgii i krzewienia ducha liturgicznego za zbyt ciasny. Pomija on wiele istotnych elementów naszego życia mniszego, a idea liturgicznego apostolstwa jest zbyt świeżej daty, aby można było uznać ją za zasadniczą dla zakonu istniejącego od czternastu wieków.

Każdy z przytoczonych poglądów wskazuje na pewien rys charakterystyczny naszego zakonu, ale żaden nie może rościć sobie prawa do wyłączności, każdy błądzi jednostronnością. Zakon nasz pochodzi z epoki, w której nikt o specjalizacji nie myślał, nikt organizacji zakonnej dla zaradzenia jakiejś specjalnej potrzebie Kościoła nie zakładał i po dziś dzień zakon zachował różnorodność form życia i wielostronność zadań wypełnianych. Ale opactwa nasze tak do siebie niepodobne, tak dalekie od ujednostajnienia, posiadają jednak pewne cechy wspólne, które wyróżniają mnichów i mniszki benedyktyńskie wśród wszystkich innych zakonów i zgromadzeń zakonnych. Cechy te odnajdujemy rozważając Regułę św. Benedykta.

Idea św. Benedykta

Św. Benedykt powiedział, o co mu chodziło. Chciał założyć „szkołę służby Pańskiej”. Na początku Reguły mówi wyraźnie, do kogo się zwraca: do tych, którzy mają zamiar służyć Chrystusowi Panu, prawdziwemu Królowi. Ale to jest przecież obowiązkiem wszystkich chrześcijan. Czyż więc św. Benedykt pisze swoją Regułę dla wszystkich wiernych? Tak jest, św. Benedykt nie wysuwa żadnego specjalnego zadania, przedkłada swoim mnichom ten ideał ewangeliczny, który dla wszystkich wiernych ogłosiła Dobra Nowina, ale wymaga jednego: by mnisi urzeczywistnili chrześcijaństwo konsekwentne. Skoro wszyscy wierni są wezwani do szukania Królestwa Bożego, więc mnich będzie go również szukał, lecz nadto odrzuci wszystko, co go wiąże ze stworzeniami, co myśl jego odwraca od Boga, uczyni więc z poszukiwania Królestwa Bożego nie tylko swój cel naczelny, ale obierze to poszukiwanie za jedyną treść swojego życia. Powiedziano do wszystkich: „Bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest”. Św. Benedykt napisał Regułę dla tych, którzy te słowa wzięli dosłownie i zdecydowali się nie troszczyć się o nic innego, jak tylko o dążenie do doskonałości. Dlatego też św. Benedykt każe badać nowicjusza przede wszystkim, czy „prawdziwie szuka Boga”.

Cnota religii

Jeżeli zapytamy, co według tekstu Reguły i wielowiekowej tradycji benedyktyńskiej ma być zasadniczą cnotą benedyktyńską, to odpowiedź nie przedstawia wątpliwości: tą zasadniczą cnotą jest dla naszego zakonu cnota religii. Podstawowymi aktami tej naturalnej cnoty są:

1) ustalenie myśli w Bogu przez bojaźń Bożą i uwielbienie,

2) zwrócenie ku Bogu woli przez poświęcenie się na służbę Bożą.

W porządku nadprzyrodzonym te akty muszą się opierać na duchu wiary i na gorliwej miłości. Tę cnotę religii benedyktyni szczególnie muszą pielęgnować. Obowiązek ten jest szczególnie aktualny w epoce, w której nawet chrześcijanie przyjmują Boga jedynie jako pewne źródło energii, do którego trzeba dotrzeć i wyzyskać je dla pożytku ludzkości. Natomiast idea Boga osobowego, który posiada wartość sam przez się, i to wartość nieskończenie większą niż świat i interes całej ludzkości, ta idea w wielu kołach zupełnie się zagubiła. Stąd też płynie lekceważenie ideału kontemplacyjnego, niedocenianie dogmatu i próby sprowadzania chrześcijaństwa do miłości, pojmowanej jako służba człowiekowi. Toteż w naszej epoce misją benedyktyńską jest nie tyle może głosić zasadę: „Bóg nade wszystko” – choć i to potrzebne – ile dać tej zasadzie świadectwo przez swoje życie. Religia bowiem, która zamiast prowadzić człowieka do tego, by uwielbiał Boga, służy do eksploatowania Boga ku pożytkowi człowieka, spada do rzędu bałwochwalstwa lub zamaskowanej magii.

Mnisi

Św. Benedykt napisał Regułę dla mnichów. Zatem benedyktyni i benedyktynki mają być mnichami i mniszkami. Mnich – monachus – wywodzi się z greckiego monos, to znaczy „sam jeden”. Mnich to człowiek, który pragnie być solus cum coelo, sam jeden ze swym Bogiem.

Aby to urzeczywistnić, nie potrzeba iść na pustynię, ale trzeba wyrzec się, i to zupełnie, świata i ducha światowego. Trzeba się wyrzec świata nie dlatego, aby świat sam przez się był zły. Cała przyroda i ludzie są dziełem rąk Bożych i Bóg powiedział o nich, że są „bardzo dobre”, a dzieła rąk ludzkich i wartości kulturowe są tworem tego ducha, którego Bóg wlał w istoty ludzkie i któremu kazał panować nad ziemią i urządzać ją. Lecz mnich szuka Boga wprost, nie mogą go zadowolić stworzenia, chociaż są one obrazem Boga, odrzuca on te obrazy, aby mu nie przesłoniły swego pierwowzoru, aby serce jego nie przylgnęło do doczesności, wyrywa się i przedziera ku samemu Bogu. Więc chociaż Bóg mieszka w niedostępnej światłości, choć wysiłki mnicha, aby już w tym życiu widzieć chwałę Bożą, zamierają w niemocy skończonych środków ludzkich, mnich jednak pragnie kochać tylko Tego, którego nie widzi. Musi więc wyrzec się świata, w którym wszystko mu mówi: „Ja nie jestem Bogiem”. Żeby jednak być mnichem, trzeba się wyrzec nie tylko świata, ale i jego ducha. I to jest znacznie trudniejsze. Bo świat jest na zewnątrz nas, więc łatwiej go odrzucić, ale duch świata tego mieszka wewnątrz nas, jest częścią naszej duszy i nie można go odrzucić bez rozdarcia, które boli. Duch tego świata wszedł do nas w dzieciństwie, przylgnął do duszy naszej i zrósł się z nią. Jest to nieuświadomione może przekonanie, że świat, w którym żyjemy i który dostrzegamy zmysłami, to jest zamknięta całość, stanowiąca cel sama dla siebie i że ten świat to wszystko. Duch świata to ślepe i nieugaszone pragnienie, aby z tego świata posiąść jak najwięcej, nasycić się jego pięknem i rozmaitością, to jest ukochanie siebie samego nade wszystko. Duch świata tego sprawia, że chrześcijanie wyznają wiarę w Boga w Trójcy Jedynego i w Chrystusową naukę, a żyją tak, jakby za jedyną rzeczywistość i wartość poczytywali świat i jego sprawy, to zaś, co uznają ponad światem, było tylko jakąś przeszkodą, na pół tylko realną, lecz na tyle groźną, że trzeba się przeciw niej zabezpieczyć i pozyskać – możliwie tanio – względy nadprzyrodzonej siły. Duch świata tego to jest skaza wniesiona do duszy przez grzech pierworodny, rozszerzona i pogłębiona przez grzechy osobiste. Świat obecny stał się organizacją rozproszenia duchowego; panuje w nim całkowity brak życia wewnętrznego. Z faktu tego niektórzy wyprowadzają zadziwiający wniosek, że ideały mnisze są obecnie przestarzałe, podczas gdy jest wprost przeciwnie: ich pielęgnowanie jest pilniejsze niż kiedykolwiek, bo nigdy odtrutka nie była tak potrzebna, jak teraz.

Życie wspólne

Reguła św. Benedykta nie jest regułą dla mnichów-pustelników czy nawet półpustelników. To prawo dla mnichów żyjących wspólnie pod władzą przełożonego. Wymaga więc od nas Reguła, aby wszyscy członkowie klasztoru dostosowali się do siebie przez praktykowanie cnót sprawiedliwości i miłości. Wymaga następnie, aby wysiłki wszystkich zjednoczyły się pod kierunkiem przełożonego dla osiągnięcia wspólnego dobra. To wspólne dobro może być dobrem materialnym, jak na przykład zabezpieczenie potrzeb materialnych zgromadzenia. Może być dobrem wyższego rzędu, jakim jest ład życia i regularność w przestrzeganiu praw i zwyczajów zakonnych. Może to być wreszcie dobro czysto religijjie, jak wspólna modlitwa, której sprzyja środowisko przesycone duchem nadprzyrodzonym czy zbiorowy wysiłek ku uświęceniu czy apostolstwu.

Duch rodzinny

Do zasady życia wspólnego św. Benedykt wniósł pewne szczególne rysy, odpowiadające jego pojęciu życia w klasztorze. Wyrosła z nich właściwość życia benedyktyńskiego, odróżniająca je od innych organizmów zakonnych, jest nią duch rodzinny. Św. Benedykt zażądał od swych mnichów ślubu stałości. Związał ich zatem dożywotnio z określonym miejscem i środowiskiem. Człowiek może opuścić miejsce studiów czy warsztat pracy, może zmienić towarzyszy walki czy zawodu, ale rodzinę, w której się urodził lub którą założył, zachowuje na zawsze. Takie samo jest położenie mnicha i mniszki benedyktyńskiej. Musi zrozumieć, że ci współbracia czy współsiostry, z którymi żyje w klasztorze, z ich zaletami i wadami, z ich usposobieniem, charakterem i zdrowiem – pozostaną na zawsze towarzyszami życia i musi się na to nastawić. Jeżeli się nie nastawi, to zmarnuje swe powołanie, a więc zmarnuje swe życie. Ten rodzinny charakter życia w benedyktyńskim klasztorze jest wzmocniony przez stanowisko, które św. Benedykt przyznał przełożonemu. Opat bowiem jest wedle Reguły nie tylko zarządcą domu, organizatorem porządku domowego, kierownikiem w pracach zewnętrznych. Taką rolę przyznają przełożonemu mniej więcej wszystkie konstytucje zakonne. Św. Benedykt postanowił, że opat będzie ojcem; powiada, że w klasztorze jest zastępcą Chrystusa i że w to należy wierzyć; że jako od ojca klasztoru mnich ma się spodziewać wszystkiego, czego potrzebuje; że jest ojcem duchownym i głównym kierownikiem życia wewnętrznego mnichów. Nazywa opata nauczycielem, pasterzem trzody, lekarzem dusz. Skutkiem tego dla mnicha i mniszki klasztor nie będzie hotelem, w którym mieszka i znajduje zaspokojenie swych potrzeb, celem spokojnego wykonania własnych zadań, lecz będzie dlań domem rodzinnym. Przełożony nie będzie takim po prostu zwierzchnikiem, jakich pełno jest wszędzie w życiu społecznym, lecz stosunek do przełożonego ma być stosunkiem małoletniego dziecka do ojca.

Temu ideałowi rodzinnemu mogą grozić dwa niebezpieczne przerosty. Jeden z nich występuje wtedy, gdy mnich lub mniszka tak przy wiąże się do swego klasztoru, tak wyłącznie troszczy się o jego interesy i rozwój, że rodzina klasztorna staje się celem najwyższym.. Wtedy nastąpi katastrofa życia zakonnego. Bo klasztor jest urządzeniem służącym do tego, abyśmy się nie zadomowili na ziemi i w doczesności. Jeśli więc klasztor miałby zasłonić mnichowi lub mniszce cel, dla którego istnieje, to lepiej byłoby nie wstępować do klasztoru, lecz założyć własną rodzinę. Bo własna rodzina uświęcona łaską sakramentalną jest środkiem i narzędziem zbawienia, natomiast życie w klasztorze ograniczające się do zaspokojenia zbiorowego egoizmu rodziny klasztornej, choćby było przystrojone pozorną pobożnością, jest zdradą Boga i zaparciem się ślubów. Drugim przerostem uczuć rodzinnych są przyjaźnie łączące niektórych członków zgromadzenia. W klasztorze miłość nie może ograniczać się do grupy węższej niż cały konwent. Toteż św. Benedykt stanowczo wykluczał partykularne przyjaźnie, grożące, jak wiadomo, rozsadzeniem jedności duchowej klasztoru.

Opus Dei

Benedyktynom nie wolno stawiać niczego nad „służbę Bożą”, to jest wspólne odmawianie oficjum. To postanowienie Reguły wynika logicznie z zasady, że mnisi żyją dla Boga, a skoro żyją we wspólnocie, Bóg ma przede wszystkim prawo do ich wspólnego kultu.

Głębsze zastanowienie się nad tą sprawą pozwala jeszcze raz stwierdzić, jak dalece wszystko w Regule jest pomyślane ze względu na Boga, a nie ze względu na człowieka. Łatwo byłoby znaleźć modlitwy, które lepiej odpowiadają upodobaniom poszczególnych epok, wierniej odzwierciedlają ich sposób myślenia i są przystępniejsze dla zrozumienia modlących się niż psalmy, z których przeważnie składa się oficjum. Lecz mnich winien wierzyć, że najlepsza jest ta chwała, którą Trójcy świętej oddaje sam Bóg, czyli Duch Święty przez usta natchnionych pisarzy. Dlatego psalmy są i pozostaną główną modlitwą mnichów i mniszek. Lecz nie wolno im poprzestać na Bożej gwarancji dla wartości psalmów, mają oni poważny obowiązek wykonać zalecenie Reguły, aby myśl była zgodna z głosem śpiewającym psalmy. Stąd konieczność poważnego wysiłku, aby psalmy zrozumieć, przyswoić sobie ich najważniejsze idee, a więc ideę walki z nieprzyjacielem Boga, tęsknotę za objawieniem się Bożym, dalej wątki tyczące Chrystusa, Ludu Bożego i nowego stworzenia. Z kolei mnich nauczy się wkładać w słowa natchnione psalmów swoje osobiste uczucia. Tego wszystkiego nie można uzyskać bez wielkiego trudu, ale nakaz św. Benedykta jest zbyt wyraźny, by mnisi mogli uważać się za zwolnionych od tego wysiłku.

Lectio Divina

Szczególną cechą wyróżniającą życie benedyktyńskie jest doniosłe znaczenie, jakie w nim ma „lectio divina”, czytanie przede wszystkim Pisma świętego, a w drugim rzędzie katolickich autorów duchownych. Mnisi czytają nie po to, aby pewne książki przeczytać, zdobyć pewną wiedzę, przyswoić sobie treść przeczytanych książek – oni czytają po to, aby czytać. Czym dla jezuity są ćwiczenia św. Ignacego, dla karmelity modlitwa kontemplacyjna, tym dla benedyktyna jest „czytanie Boże”. Kto zetknął się z dziełami św. Bernarda, tego z pewnością przejmie podziw nad niezwykłą znajomością Pisma świętego, z jaką św. Bernard umie utkać swoje pisma z cytowanych zdań i słów Biblii. Lecz pomylimy się, jeżeli to złożymy na karb zdolności i sztuki literackiej św. Bernarda. Św. Bernard był po prostu wielkim mnichem. Przez całe życie oddawał się „czytaniu Bożemu”, więc słowa Pisma świętego stały się jego słowami, myśli Pisma świętego jego myślami, język Pisma świętego jego językiem, a innego języka już nie miał. Ten przykład oświetla najlepiej celowość „czytania Bożego” w życiu mniszym. To czytanie ma nas oderwać od świata i pogrążyć w rzeczywistości Bożej. A im mniej czasu zostawiają na to ćwiczenie warunki gospodarcze, potrzeby Kościoła i inne okoliczności, tym więcej starania i gorliwości ono wymaga. Trzeba nauczyć się szukać w czytaniu nie czego innego, lecz tajemnicy Chrystusa i Jego krzyża. A że z tych tajemnic jest zbudowana liturgia, więc udział w życiu liturgicznym stworzy atmosferę sprzyjającą owocności „czytania Bożego”. Lektura odkrywana w duchu wiary doprowadzi do zamierzonego celu: wiara w Słowo Boże zaćmi wzrok skierowany na świat obecny i mnich już na ziemi pocznie żyć w wiekuistej przyszłości.

Modlitwa i milczenie

Mnisi są przede wszystkim po to, aby się modlić. Mnich i mniszka, którzy nie modlą się na serio, „w Duchu i prawdzie”, nie zasługują na istnienie. Nie są warci, aby żyć, bo oszukują ludzi i usiłują oszukać Boga. Trzeba więc urzeczywistniać pełnię modlitwy. Naprzód Msza święta. Bez żywego udziału w niej życie mnisze nie ma sensu. Ponadto inne formy nabożeństwa wspólnego i prywatnego przez Kościół zalecane i przez tradycję zakonną przekazane. Wreszcie modlitwa myślna, do której zobowiązują konstytucje obecnie istniejących kongregacji benedyktyńskich. Św. Benedykt byłby się zapewne zdziwił, a może i zgorszył, że mnichowi trzeba nakazywać półgodzinną modlitwę myślną, skoro w jego pojęciu całe życie mnisze jest jednym splotem modlitwy i pracy, przy nieustannym ćwiczeniu się w pamięci o obecności Bożej. Lecz mądrze uczynili prawodawcy naszych kongregacji, idąc za zaleceniem Kościoła i nakazując tę praktykę, bo głos świata rozlega się tak potężnie, że brzmi nawet w naszych klasztorach, a warunki życiowe sprawiają, że skupienie jest trudniejsze niż dawniej. Toteż więcej niż kiedykolwiek jest aktualne w naszych klasztorach pielęgnowanie milczenia. Myli się, kto widzi w milczeniu tylko pewną formę umartwienia. W milczeniu jest coś więcej, jest ono nieodzownym warunkiem skupienia, bez skupienia nie ma modlitwy. A więc, kto nie praktykuje milczenia, ten łudzi się tylko, że się modli, a zatem nie wiadomo, po co jest w klasztorze. Modli się bowiem tylko ten, czyja dusza nie jest głucha na głos Boży, a ze wszystkich głosów żaden tak skutecznie nie zagłusza głosu Bożego, jak głos nasz własny. Trzeba więc zachowywać naprzód materialne milczenie, to jest nie rozmawiać bez konieczności. Konieczne jest także milczenie nie tylko językiem, ale i piórem. Można bowiem na drodze korespondencji tak się wciągnąć w sprawy światowe, że mnich lub mniszka, nie wychodząc z klauzury, mogą być w niej duchowo nieobecni i brać udział w troskach, pragnieniach i działalności, których się wyrzekli. Niech zaś nikt nie usprawiedliwia takiego postępowania pozorem, że może się modlić w intencjach swych korespondentów i że to faktycznie robi. W modlitwie wcale nie chodzi o to, by wiedzieć, o co się modli, lecz o to, by wiedzieć, do kogo się modli. A wreszcie trzeba zachowywać milczenie wewnętrzne, uprawiać tę dyscyplinę myśli, która nie dopuszcza o żadnej porze dnia myśli próżnych, przewrotnych i niestosownych, tych myśli, od których się wypraszamy w modlitwie Aperi, lecz którym gościnnie otwieramy wrota, uniemożliwiając sobie życie modlitwy.

Praca

„Bezczynność jest wrogiem duszy” – powiada Reguła święta, więc mnisi pracowali i mają pracować. Wyrzeczenie się świata polega na wyrzeczeniu się używania, a nie na wolności od ciężarów. Zapewne mnich jest i powinien być odciążony od wielu trosk światowych, ale o tyle tylko i po to, aby uzyskał pełną swobodę życia dla Boga, lecz nie po to, aby mu było lekko żyć. Jemy, ubieramy się i mamy dach nad głową, ludzie zaś świeccy muszą się trudzić, aby te potrzeby zaspokoić, więc i nam nie wolno brać ich za darmo. Jeżeli mnisi ograniczają swe potrzeby, to na to, aby móc bez zastrzeżeń praktykować miłość bliźniego. Ale nie tylko sprawiedliwość i miłość wymagają od nas pracy, żeby już nie mówić o koniecznościach ekonomicznych. Praca jest bowiem niezbędna, aby mnich był mnichem. Dzieje uczą, że wiele klasztorów upadło, jak na przykład niektóre kluniackie, dlatego że wkradła się do nich pobożna gnuśność. Niebezpieczeństwo takie wcale nie jest urojone, przy braku czujności w pewnej chwili może się zdarzyć, że choć nikt nie umiał tego dostrzec, klasztor przechylił się od pokoju kontemplacji ku martwocie lenistwa. I wtedy taki dom zakonny jest już wszystkim, tylko nie klasztorem. Rodzaj pracy jest dla mnichów sprawą drugorzędną. Może to być praca fizyczna, może być praca umysłowa. W klasztorach męskich bywa to często duszpasterstwo. Wybór pracy należy do przełożonych, którzy wezmą pod uwagę potrzeby i możliwości rozmaitych gatunków pracy oraz siły i uzdolnienia swych podwładnych. Mnich przede wszystkim musi czuwać, aby duch, w jakim pracę wykonuje, był benedyktyński. Znaczy to, że praca ma być wykonywana dla Boga, z posłuszeństwa i w ramach posłuszeństwa, bardzo sumiennie i w duchu umartwienia. Bo praca ta powinna być mozolna, bo nie może ona służyć tylko do zabicia czasu, tylko dla rozrywki, dla wyżycia się. W pracy może być niebezpieczeństwo duchowe, gdy mnich w niej nie szuka Boga, lecz siebie, gdy praca podsyca w nim pychę, w jakiejkolwiek odmianie tej wady. W takim przypadku św. Benedykt każe odebrać mnichowi pracę, nie zważając na korzyść, którą ta praca przynosi. Inne niebezpieczeństwo powstaje, gdy praca nabiera dla mnicha takiej wartości, że staje się celem sama w sobie. Wtedy znajdzie on w niej pokusy, aby zaniedbywać obowiązki zakonne, będzie lekceważył współbraci, którzy w pracy jego nie uczestniczą, będzie chciał nagiąć urządzenie klasztoru i tradycję zakonną według aktualnych wymagań swojej pracy. W ten sposób z wolna przestaje być duchowo mnichem. Przełożony bowiem nie po to wyznacza pracę mnichowi, aby uwolnić go od zachowywania Reguły i dyspensować od ślubów, lecz po to, aby tym wielkoduszniej dochował wierności swej profesji. Św. Benedykt wydał twardy wyrok w tej sprawie. Mówiąc o najwyższych i najświętszych czynnościach, jakie mogą być mnichowi powierzone, o funkcjach kapłańskich, powiada, że jeśli mnich stawia swą godność kapłańską ponad swą profesję i nie podporządkowuje się postanowieniom Reguły i woli przełożonego, to – o ile jest niepoprawny – należy go wydalić. Skoro więc św. Benedykt nie chciał zrobić wyjątku nawet dla kapłaństwa, jasno widać, jak daleko jest od ducha benedyktyńskiego ocena wartości pracy wedle potrzeb, które zaspokaja, lub korzyści czy wreszcie osiągniętych wyników. Mnichowi wolno widzieć w pracy tylko narzędzie uświęcenia się. To jest jej godność i większej mieć nie może.

Wyrzeczenie się

Dlaczego mnich benedyktyński nie może szukać Boga, posiadając wszelkie dobra doczesne, które by mu były dostępne i zaspokajając wszystkie popędy i aspiracje, które z woli Bożej istnieją w naturze ludzkiej? Po pierwsze dlatego, że Chrystus wybrał cierpienie i krzyż, a mnisi muszą pójść za Nim tą samą drogą; Po drugie, że mnichem może być tylko ten człowiek, który rzeczywiście uznaje, że jest grzesznikiem, rozumie wagę tego faktu i ma wolę czynić pokutę. Uznawać, że się jest grzesznikiem, można dwojako: można tó uznać z pychą i wtedy się rozpacza albo można to uznać z pokorą. Św. Benedykt uważał pokorę za fundament swego gmachu duchowego. Ale pamiętajmy, że siedzibą pokory jest wola, a nie umysł; zatem albo chcemy się wyrzec i ogołocić z wszystkiego, albo nie jesteśmy pokorni.

a) Posłuszeństwo

W czasach św. Benedykta życie mnisze wiązało się z bardzo surowymi praktykami umartwień cielesnych. Nie ma wątpliwości, że św. Benedykt zamierzał przenieść punkt ciężkości gdzie indziej. Zasadniczym umartwieniem benedyktyńskim jest wyrzeczenie się własnego sądu i własnej woli przez całkowite posłuszeństwo. Pod tym względem Reguła nie dopuszcza żadnych wyjątków. Powiedziano w Regule, że tym, którzy nie mogą jeść tego samego co bracia, należy dać inne potrawy; powiedziano, że tego, który nie może czytać, należy inaczej zatrudnić; powiedziano, że niezdolnym do ciężkiej pracy należy dać lżejsze zajęcie; ale nigdzie w żadnych okolicznościach nie można mnicha zwolnić od obowiązku poddania jego zdania pod zdanie przełożonego i poddania jego woli pod wolę przełożonego, i to do tego stopnia, że nie tylko nie wolno robić czegoś wbrew woli przełożonego, ale nawet niczego nie wolno czynić, co by nie było nakazane przez Regułę, zwyczaje i starszych. To jest niewątpliwie większe wyrzeczenie i głębiej sięgające niż wszelkie umartwienia cielesne. Największym skarbem naturalnym otrzymanym od Boga są rozum i wola, i te właśnie trzeba ugiąć. Posłuszeństwo muszą mnich i mniszka dać sami, bo najenergiczniejsi i najroztropniejsi przełożeni nie są w stanie wymusić tego posłuszeństwa, jeżeli u podwładnych zabraknie prawdziwie dobrej woli. Nie jest znów tak trudno podsuwać własne pragnienia i otrzymywać je z powrotem jako rozkazy. Nietrudno zająć taką postawę wobec przełożonego – i to z zachowaniem wszelkich pozorów – że woli on nie dawać żadnych nakazów, gdy przypuszcza, że rozkaz byłby podwładnemu niemiły. Kto takie posłuszeństwo ma do zaofiarowania Bogu, niech przypomni sobie pytanie św. Bernarda: „Po cóż było przychodzić do klasztoru? Czy nie mogłeś się potępić tańszym kosztem?”

b) Ubóstwo

Słowo „ubóstwo” – paupertas – użyte jest w Regule tylko raz, gdy św. Benedykt poleca, by mnisi pracowali przy żniwach, jeśli wymaga tego ubóstwo klasztoru. W stosunku do mnichów używa św. Benedykt innej formuły: zabrania i potępia stanowczo posiadanie jakiejkolwiek własności. Nie pozwala nawet, aby mnich mógł żywić nadzieję, że coś posiadać będzie. Tym samym mnich nie ma prawa do żadnej własności osobistej, nawet tych dóbr, które sam wytworzył albo na które zapracował. Jeżeli zaś idzie o ducha ubóstwa, o sposób interpretowania tego zakazu posiadania, to miarodajna jest zasada Reguły: superflua amputare – odciąć, co niekonieczne. Rozluźnienie pod tym względem jest oznaką upadku ducha mniszego, a historia zakonu mówi o wielu opactwach, które na tej drodze doszły do zguby.

c) Umartwienie uczuć

Mnisi zachowujący obowiązkowo czystość wyrzekają się radości i uczuć godziwych, ale rozdzielających serce człowieka między Boga i stworzenie. Lecz to jeszcze nie wyczerpuje wszystkich obowiązków mnicha i mniszki pod tym względem. Winni oni pamiętać, że nie wolno im dopuścić żadnych namiastek, zastępujących uczucia, których się wyrzekli. Była już mowa o partykularnych przyjaźniach i ich szkodliwości. Mogą być jednak i inne niebezpieczeństwa. Prace duszpasterskie, nauczycielskie, wychowawcze i charytatywne mogą nastręczyć sposobność do powstania przy wiązań zastępujących u mnichów uczucia ojcowskie ewentualnie u mniszek macierzyńskie. O ile jednak uczucia ojcowskie i macierzyńskie naturalne są zgodne z prawem Bożym i nie mogą stanowić przeszkody do doskonałości, o tyle u mnichów i mniszek analogiczne uczucia są zdradą ślubów zakonnych i ruiną życia wewnętrznego. Nie godzi się usprawiedliwiać ich przykazaniem miłości bliźniego, gdyż jest przepaść między cnotą miłości a wyładowaniem naturalnej uczuciowości, której mnisi i mniszki wyrzekają się, składając profesję.

d) Umartwienia cielesne

Z tego, co dotąd powiedziano, nie wynika, aby benedyktynom wolno było lekceważyć umartwienia cielesne. Prawdą jest, że umartwienia duchowe mają większe znaczenie, ale bez umartwień cielesnych życie wewnętrzne nie pójdzie. Człowiek składa się z duszy i ciała, stanowi jedność duchowo-cielesną i tak samo jak dusza wpływa na ciało, tak i ciało wpływa na duszę. Nie jesteśmy aniołami ani zwierzętami – powiedział Pascal – a kto chce robić z siebie anioła, robi z siebie zwierzę. To głębokie zdanie wyraża tę niezbitą prawdę, że lekceważenie czynników cielesnych mści się na życiu duchowym. Toteż mnich i mniszka muszą być umartwieni także w fizycznym tego słowa znaczeniu. Wprawdzie św. Benedykt nakazał pod tym względem umiar i poddał umartwienie pod kontrolę przełożonych, ale pamiętajmy, że to umiarkowanie należy właśnie do roli przełożonych, że do nich należy hamować nadmierną i nieroztropną gorliwość. Gdyby jednak przełożony musiał przypominać mnichowi o potrzebie umartwień i do nich go pobudzać, to można wątpić, czy taki mnich ma jeszcze w sobie ducha zakonnego. Czasy, w których obecnie żyjemy, stan naszego zdrowia, rodzaj zajęć nic tu do rzeczy nie mają, ponieważ od nich zależy tylko wielkość i rodzaj umartwień, nie zwalniają natomiast od samej zasady umartwienia. Zarówno chory, jak i przepracowany może i powinien się umartwiać fizycznie tak, aby sobie nie zaszkodzić.

Roztropne umiarkowanie

Z dotychczasowych wywodów wynika, że ideał benedyktyński stawia wysokie wymagania i że kto szuka łatwego życia, niech nie wybiera się zostać mnichem czy mniszką. A jednak św. Benedykt miał prawo napisać w prologu Reguły, że nie ustanowi nic surowego ani zbyt trudnego. Nakazał bowiem, aby przełożeni rządzili klasztorami swymi z roztropnym umiarkowaniem, tak aby i silni znaleźli to, czego pragną, i słabsi się nie zniechęcali. Ten duch ojcowskiej wyrozumiałości, tego liczenia się z realnymi możliwościami człowieka jest nieodłączny od benedyktyńskich klasztorów. Nie wolno jednak brać tego umiarkowania za tolerancję dla duchowej apatii i braku gorliwości. W tym samym miejscu Prologu, gdzie mowa, że Reguła nie jest uciążliwa, przyznaje św. Benedykt, że nałożył pewne ograniczenia celem naprawy wad i zachowania miłości.

Życie w pokoju – życie w Chrystusie

Żywot wieczny obiecano tym, którzy przestrzegać będą nakazów Reguły. Ale już w tym doczesnym życiu udzieli im Pan pokoju. Bo pokój Boży, którego świat nie daje, wypływa z ustalenia myśli, woli i uczucia w Bogu. Więc może na zewnątrz szaleć burza, mogą nie ustawać utrapienia, lecz wewnątrz duszy pali się światło wiary i płomień miłości, a na fundamencie nadziei niewzruszona pewność.

„Jezus Chrystus wczoraj i dzisiaj: On sam i na wieki”. Te słowa św. Pawła streszczają ducha św. Benedykta. Już na samym początku Reguły określa jako cel życia mniszego: Służyć Chrystusowi i zwraca się do tych, którzy chcąc służyć prawdziwemu Królowi, Chrystusowi Panu, przywdziewają zbroję posłuszeństwa. Mnich ma widzieć Chrystusa wszędzie: ma Go widzieć w opacie, wierząc, że jest on zastępcą Chrystusa, w klasztorze opat nosi imię Chrystusowe: Ojciec. Ma widzieć Chrystusa w gościach, bo Chrystusa się przyjmuje, przyjmując gości. Ma widzieć Chrystusa w ubogich i dlatego o nich szczególnie się troszczyć, gdyż to staranie jest staraniem o Chrystusa. Ma widzieć Chrystusa w chorych, bo służąc im, służymy Chrystusowi. Św. Benedykt każe w wyrzeczeniu iść za Chrystusem, w posłuszeństwie naśladować Chrystusa, w pokusach złe myśli rozbijać o Chrystusa, brać udział przez cierpliwość w męce Chrystusowej, trwając do śmierci w klasztorze, dążyć do doskonałej miłości dla miłości Chrystusa. Jaka ma być miłość, uczą słowa św. Benedykta, że niczego nie wolno stawiać ponad miłość Chrystusa, który oby nas przywiódł do życia wiecznego.


Bernard Turowicz OSB – urodził się 28 października 1904 roku w Przeworsku, zmarł 25 listopada 1989 roku w Tyńcu. W latach 1922-1928 studiował matematykę na Wydziale Filozoficznym UJ, w latach 1946-1950 odbył studia teologiczne. 29 stycznia 1945 roku wstąpił do zakonu Benedyktynów w Tyńcu, przyjmując imię zakonne Bernard, 31 lipca 1949 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Stopień doktora otrzymał w 1946 roku na UJ, habilitował się w 1963 roku (Instytut Matematyczny PAN), w 1969 roku został profesorem nadzwyczajnym.

Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position