„Czcigodna Matka”. Katarzyna Mechtylda de Bar (1614-1698) założycielka Benedyktynek od Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

  • 6 listopada 2019

„Czcigodna Matka”. Katarzyna Mechtylda de Bar (1614-1698) założycielka Benedyktynek od Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Katarzyna de Bar, rodem Lotarynka, najpierw anuncjatka pod imieniem „siostry Swięty-Jan” (po francusku tak można), później zaś benedyktynka pod imieniem Mechtyldy od Najświętszego Sakramentu, wreszcie założycielka kongregacji benedyktynek od Nieustającej Adoracji – była postacią niezwykłą i wybitną na tle swoich czasów, i to pomimo że we Francji siedemnastowiecznej roiło się od wielkich mistyków. Tak przynajmniej mówi o niej ksiądz Louis Cognet, a nie ma podstaw, żeby mu nie wierzyć: najwybitniejszy to dzisiejszy znawca tamtej epoki i jej świętych. Była także mądrym teologiem i stworzyła doktrynę życia zakonnego spójną i oryginalną – o tym zapewnia ojciec Jean Leclercq, a są wszelkie podstawy, żeby mu wierzyć: najwybitniejszy to dzisiejszy znawca duchowości monastycznej. Co zaś do jej biografów, to przez kilka wieków dowodzili usilnie, że była bardzo a bardzo święta, i znów nie ma podstaw, żeby to podawać w wątpliwość, tylko że spod zapisanej przez nich góry papieru czas by nareszcie wydostać człowieka, żywego człowieka, a to wcale nie tak łatwo. Papier jest w pięknym gatunku, biblijny, zdobiony i złocony. Niestety właśnie człowieka zakrywa dość dokładnie.

Jak wyglądała? Istnieje przynajmniej pięć różnych jej portretów, w tym cztery olejne i jeden sztych. Wszystkie są późne: przedstawiają kobietę starą, lekko uśmiechniętą, o obwisłych już policzkach, ogromnym nosie i powiekach wyraźnie obrzękłych. Owal twarzy jednak zachował się ładny – i aż się prosi, by użyć tutaj powieściopisarskiego frazesu o „śladach niezwykłej niegdyś urody”. W młodości miała być, zdaniem biografów, śliczna – cóż, to pisano prawie o każdej świętej zakonnicy, żeby sobie kto przypadkiem nie pomyślał, że poszła do klasztoru z braku powodzenia. Ale mogła to czasem być i prawda. Kiedy siostra „Święty-Jan” przekradała się w męskim przebraniu przez tereny ogarnięte wojną, na którymś postoju w tym urodziwym chłopcu zakochała się córka karczmarza… Ten szczegół znajduje się w jednym starym tekście źródłowym, biografowie zaś wolą go pomijać, naprawiając gaffę. Ale jeśli gaffa, to pewnie tak i było. Musiała ta uroda być nieco w męskim, energicznym typie, skoro pobożna mniszeczka, uciekająca przed rozwydrzonym żołdactwem, z takim powodzeniem potrafiła udawać chłopaka.

Wkrótce zaś potem, już znowu w anuncjackim habicie, zjawiła się u benedyktynek w Rambervillers, aby prosić o pomoc dla swego rozproszonego zgromadzenia. Czarno ubrane siostrzyczki, widząc jej barwny strój i urodę, zakrzyknęły, że są przy niej jak kopciuszki wobec królewny. Musiała to być uroda nie pozbawiona swoistego majestatu. Zachował się on zresztą na portretach, kiedy już piękność zanikła: widocznie jest nie tylko dziełem malarza, stylizacją przysługującą dostojnej osobie.

A w tych zapuchniętych oczach jest spokój i dobroć. Mimo życia spędzonego w dużej części na tułaczce, na trudach zgoła nieprawdopodobnych, wśród ciągłych walk i prześladowań, mimo duchowości dość dramatycznej, akcentującej bardzo silnie konieczność męki i ofiary – pomimo wszystko jest w tych oczach taki spokój, z jakim nie można się urodzić; z jakim można tylko umierać po życiu pełnym po brzegi. Matka Mechtylda nie wygląda na kogoś, kto by umiał z radości tańczyć; nie ma żywiołowego temperamentu św. Teresy Wielkiej. Nie ma też apostolskiego pośpiechu, który spalał Katarzynę ze Sieny. Inny to typ psychiczny i inny rodzaj miłości; nie większa miłość ani mniejsza, tylko inna. Trzeba ją będzie spróbować zrozumieć.

Oprócz portretów są jeszcze oczywiście i źródła. Jest ich za dużo i za mało. Za dużo, bo samych listów zostało po niej przeszło trzy tysiące, a jest i innych tekstów mnóstwo: konferencje, kroniki, pamiętniki, notatki, wczesne żywoty pisane jeszcze przez ludzi, którzy ją osobiście znali dobrze i długo. Za mało, bo ten olbrzymi materiał jest w większości albo niedostępny, albo dostępny fatalnie: urywki listów, te co bardziej mistyczne, posklejane już przez samych adresatów z pominięciem zwyczajnych, autobiograficznych partii, na ogół nie datowane i bez objaśnień; urywki konferencji poskładane tematycznie… A jeśli nawet teksty są pełne, wydane, datowane i opatrzone przypisami, to tylko w wyborze, wedle tego, co autor antologii znalazł i uznał za ważne. Wielotomowe opera omnia to dopiero sprawa dalekiej przyszłości; pracują nad tym francuskie sakramentki, i oby skończyły na rok 1998, w którym wypadnie im obchodzić trzystulecie śmierci swej założycielki. Bo po archiwach całej Francji i nie tylko Francji nadal trwa kwerenda i coraz to w jakimś nieprawdopodobnym miejscu odnajduje się to kilka listów, to jakaś notatka… Rewolucja francuska przetasowała kościelne archiwalia nie gorzej, niż to u nas zrobiły rozbiory.

Wreszcie jest oczywiście także i żywa tradycja o niej, przechowywana przez instytut zakonny, który założyła. Kto się z tą pamięcią pierwszy raz styka w Polsce, zwłaszcza w rozmowie ze starszymi mniszkami, przeżywa zabawne nieporozumienie. Raz po raz słyszy: „Matka Godna… Matka Godna…” i z początku bierze to za imię niewyraźnie dosłyszane; potem dopiero okazuje się, że to taka jeszcze siedemnastowieczna kalka z francuskiego: Digne Mére. Po francusku widać tak można; po polsku należałoby jednak dodać, czego takiego godna, toteż „czcigodna” byłoby tłumaczeniem właściwym: Digne Mére, Czcigodna Matka, skoro nie jest kanonizowana i nie można mówić „święta Matka”, jak zwykle mówią zakonnice o swoich założycielkach.

Ale to drobiazg. Ważniejsze, że był taki czas, i to całkiem niedawno, w którym Czcigodna Matka jakby odchodziła w cień. Bo benedyktynki-sakramentki są właśnie benedyktynkami, a zakon benedyktyński (i nie on jeden zresztą) przeżywał na przełomie XIX i XX wieku kolejną próbę nawrotu do pierwotnej czystości reguły, tym razem w imię „czystego benedyktynizmu”. I znaleźli się gorliwi ludzie, którzy potem wmawiali siostrom sakramentkom, że nie są dość „czystymi” benedyktynkami, aż niektóre z nich uwierzyły. Między innymi klasztor w Herstelle odszedł z instytutu i odstąpił od nieustającej adoracji, w przekonaniu, że tak będzie „czyściej”. Czemu to miało być aż takie ważne, zupełnie nie potrafię zrozumieć, choć sama nie jestem sakramentką, tylko właśnie zwyczajną benedyktynką. A były i takie wspólnoty, w których zdania były podzielone, i jedne siostry skłaniały się coraz silniej ku „czystemu benedyktynizmowi”, a drugie opowiadały się przy tradycjach pochodzących od Czcigodnej Matki. Zanim by się ta sprawa jakoś wyjaśniła, przyszedł Sobór Watykański II, i pierwsze lata posoborowe jeszcze pogłębiły to zamieszanie, gdyż wielu teologów w neoliturgicznym zapale głosiło w ogóle koniec adoracji Najświętszego Sakramentu jako przestarzałej lub zgoła zbędnej formy pobożności. Także i prawa własne zakonu, konstytucje, zwyczaje – usiłowano tu i ówdzie przeforsować możliwie jak najbardziej „odnowione”, a więc niepodobne do dawnych. W Holandii nawet już to wprowadzono w czyn ad experimentum, na zastanowienie nie czekając, i kilka tamtejszych klasztorów sakramentek upodobniło się zgoła do hotelu robotniczego czy innej zarwańskiej ulicy; bez klauzury, bez habitu, prawie bez wspólnej modlitwy, bez ciszy…

A potem okazało się, że tak na dłuższą metę nie można, i klasztory holenderskie na skutek tego eksperymentu pierwsze zrobiły zwrot na całej linii. Odkryły z powrotem wartość tego, co odrzuciły: oddzielenia, umartwienia, milczenia. Te zaś klasztory, które się takiej pseudoreformy ustrzegły, podziękowały Bogu i tym gorliwiej zabrały się do realizowania takiego kształtu miłości, jaki od trzech wieków jest ich właściwym, równouprawnionym wśród innych, słusznym i zbawiennym powołaniem. I tak Czcigodna Matka triumfuje dziś w pełni na nowo.

Miała więc coś do powiedzenia. Ale moim zadaniem nie jest streszczenie jej nauki, choć tak pięknej, tylko odnalezienie jej samej: żywego człowieka imieniem Katarzyna, Mechtylda, a po drodze także Święty-Jan. I bardzo chcę to zrobić, ale nie mam złudzeń, że zdołam stworzyć jej obraz pełny i doskonały. Niech więc to będzie po prostu moje spotkanie z Matką Mechtyldą: moje i tych wszystkich, którzy zechcą tę książkę przeczytać.


Fragment biografii Matki Mechtyldy de Bar O prawo dla Boga.


Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wiekuCzarna owcaSześć prawd wiary oraz ich skutki, Ryk Oślicytłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.

Słuchaj, synu, nauk mistrza…

Od jakiegoś czasu regularnie publikujemy materiały audio na profilach Apple Podcasts oraz Spotify. Jest to kolejne narzędzie, dzięki któremu docieramy do naszych słuchaczy i czytelników…

Posłuchaj

Newsletter

Zapisz się do naszej listy mailingowej.

Dziękujemy! Za parę minut otrzymasz e-maila z linkiem potwierdzającym subskrypcję...

Coś poszło nie tak...

Darmowy e-book
Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position