Biblijne podstawy profesji monastycznej

  • 7 sierpnia 2019

Biblijne podstawy profesji monastycznej

Najpierw podam kilka słów wyjaśnienia samego tematu, tłumacząc poszczególne słowa tytułu.

Mówiąc „podstawy” mam na myśli nie precyzyjny dowód, jaki można dać np. na prymat św. Piotra, lecz takie teksty biblijne, które mogą natchnąć do aktu profesji, a zarazem rodzaj objawionego poparcia dla tego stylu życia, który ma nastąpić po profesji.

Słowo zaś „profesja” spełnia dwojaką rolę. Wprawdzie jest ono synonimem ślubów zakonnych, lecz w tradycji monastycznej oznacza coś więcej niż akt publiczno-prawny ich złożenia. Jest to pewien stan. Po drugie – słowo „profesja” wskazuje nie na samo powołanie Boże, na charyzmat, lecz na ludzką odpowiedź na tę właśnie łaskę. Odpowiedź ta zaczyna się z aktem uroczystej profesji a trwa całe życie.

Chciałbym zaakcentować słowo „odpowiedź człowieka”. Dla niej właśnie szukać będziemy tutaj dobrej, biblijnej teologii. Ma to być pewna przeciwwaga niezbędna na tle przerostu argumentów psychologicznych i socjologicznych w sprawie życia zakonnego. Nie przecząc ich wartości chcę zwrócić uwagę na to, co najistotniejsze w profesji – na trwałą więź z Bogiem. Słowa „obowiązek” i „zobowiązanie” uległy swoistej inflacji. Modny jest slogan „człowiek jako istota zmienna i ograniczona nie jest zdolny składać zobowiązań na całe życie”. Taki sceptycyzm, rzekomo podbudowany racjami z psychologii i socjologii, godzi wprost w autentyzm życia zakonnego po profesji. Odwrotnie – dobra teologia, wychodząca z objawionego słowa Bożego, należycie zinterpretowanego, pozwoli w człowieku znaleźć podstawę do wiernego trwania w zobowiązaniach względem Niezmiennego i Wiecznego Boga. Postawa takiego trwania jest odpowiedzią na Boży zew okazywana przez bezzwrotny dar z siebie samego pod natchnieniem miłości, rozlanej w sercu przez Ducha Świętego (por. Rz 5,5).

Sam termin „profesja” jest o tyle szczęśliwy, że mówi o publicznym wyznaniu (profiteri) wobec Kościoła chęci życia w ślubach. Nadto we wszystkich niemal językach europejskich kojarzy nam się z zawodem. W języku kościelnym jest nadto stanem, który ma swój odrębny styl życia wewnątrz Kościoła. Posługując się naszym benedyktyńskim językiem jest to wzięcie na siebie „jarzma Reguły”. Jest to zatem wydarzenie doniosłe tak w życiu jednostki składającej śluby, jak i Kościoła. Cały Kościół bierze udział w tym fakcie, ale reprezentowany w konkretnym wypadku profesji przez uprawnione władze zakonne i wspólnotę przynajmniej braterską jako miniaturę Kościoła Powszechnego. Słusznie więc dziś nadaje się faktowi profesji charakter przeżycia wspólnego: hierarchii, reprezentowanej przynajmniej przez jednego kapłana, władz zakonnych, współbraci i współsióstr oraz licznych przedstawicieli laikatu.

Od chwili profesji jednostka składająca śluby nadaje swemu życiu na przyszłość kształt zupełnie szczególny. Konsekruje to życie „Umiłowanemu nade wszystko Bogu” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele, nr 44). Czyni zaś tak odpowiadając na uprzedzający dar Boży, na charyzmat powołania, poznany i wypróbowany w okresie nowicjatu i ślubów czasowych, odpowiadając z całą powagą. Wyraźnie od Soboru Watykańskiego II nazwany „charyzmat życia zakonnego” lub „konsekrowanego” ma aspekt tak jednostkowy, jak wspólnotowy. Rozmaite są charyzmaty poszczególnych instytutów zakonnych, odpowiednio do charyzmatu ich Założycieli, a okres ślubów czasowych służy do tego, by ubiegający się o profesję mogli sprawdzić wraz ze swymi władzami, czy charyzmat zakonu i tej jednostki są identyczne. Profesja jest pomyślnym kresem takiego „badania duchów”.

Benedyktyński charyzmat – jak zgodnie – stwierdzają ostatnio wybitni teoretycy (Th. Merton, B. Hume) – to „szukanie Boga całym sercem”. Benedyktyni tym sami mają tym żyć, a taki styl życia pokazując światu, mają jemu pomagać w odnalezieniu sensu życia. Jak Abraham oderwany Bożym wezwaniem i obietnicą od warunków dotychczasowego życia, tak i mnich ma się „stać błogosławieństwem” dla drugich (por. Rdz 12,2–3).

Kościół przeżywa profesję jednostek jako swoje wspólnotowe wydarzenia. Profes bowiem za pośrednictwem swojej wspólnoty zakonnej oddaje się w nowy sposób posłannictwu Kościoła, najszerzej pojętemu – przenikania ludzkości Ewangelią jako zaczynem Królestwa Bożego (por. Mt 13,33). I tak profes benedyktyński wchodzi do tej mikroeklezji, jaką jest opactwo czy zgromadzenie apostolskie. Kościół angażuje się poprzez swego reprezentanta oficjalnego i władz zakonnych na wiele sposobów w to wydarzenie jednostkowe. Jest tu zapewnienie opieki prawnej, czasem bytowe; jest wciągnięcie do dzieła Ewangelizacji szeroko pojętej, lecz jest jeszcze coś więcej, co tylko wiara może odsłonić. Kościół mianowicie przez fakt każdej profesji rośnie w głąb, skoro życie zakonne jest nieodłączne „od życia i świętości Kościoła” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele, nr 44).

Oba te aspekty profesji – jednostkowy i wspólnotowy – są wydarzeniem wprawdzie na dwóch płaszczyznach, ale ich Sprawcą i Dokonawcą jest Duch Święty. Psychologia słusznie nam przypomni, że na tej wspólnej drodze ku sobie Boga i człowieka mogą nastąpić rzeczywiście zakłócenia, przeszkody, zastoje. Ale Objawienie tu uzupełnia: mogą one nastąpić tylko ze strony ludzkiej. Natomiast Pan pozostaje niezmiennie wierny: co zapoczątkował, tego dokończy do dnia Chrystusa Jezusa (Flp 1,6). O każdym charyzmacie, a więc i powołującym do życia zakonnego, należy powtórzyć stwierdzenie św. Pawła: Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne (Rz 11,29). Czy więc odpowiada prawdzie obiegowe wyrażenie: „utracić powołanie zakonne”?

Obydwa te aspekty profesji, jednostkowy i wspólnotowy, nieodłączne i dopełniające się wzajemnie, są głęboko personalistyczne, mimo że Reguła nie zawiera terminu „osoba”. Te aspekty są na antypodach wszelkich masówek, kolektywów, słowem – zagubienia się jednostki w bezosobowym tłumie, czym jeszcze w naszym stuleciu częstowały ludzi systemy totalitarne. Tu, w profesji, jednostka jako osoba po namyśle i próbie podejmuje decyzję, by połączyć się trwale z „Bogiem nade wszystko umiłowanym”. Ten rys profesji monastycznej odróżnia ją od ascetycznej motywacji np. mnichów buddyjskich. W profesji jednostka szuka woli Boga, przekreślając wszelką wolę własną, która byłaby sprzeczną z wolą Ojca, wzorem Chrystusa, który o sobie stwierdził: Ja nic od siebie nie czynię… Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba (J 8,28n).

W aspekcie wspólnotowym profesja łączy osobę mnicha z osobami pozostałymi jego wspólnoty w myśl hasła św. Patriarchy: „Szanować wszystkich ludzi” (RB 4,8). Ma on we wszystkich członkach dostrzegać obecnego – na różny sposób – Chrystusa.

Ów personalizm naszej Reguły jest poręczony przez znamienny dla niej chrystocentryzm, a profesja z kolei sięga korzeniami swymi do konsekracji, dokonanej na chrzcie, do tamtego wszczepienia w Chrystusa. Tamten fakt zostaje świadomie podjęty przez profesa. Co więcej dalej ma być rozwijany. Nie pamiętamy naszego chrztu, choć wtedy właśnie, gdy nam go udzielano, dokonało się dla każdego z nas osobiste, historiozbawcze włączenie w Chrystusa. Otóż tradycja monastyczna oceniała profesję jako drugi chrzest. Podczas niej profes przez trzy śluby powtarza te zobowiązania, których podstawą były zobowiązania wypowiedziane przez rodziców chrzestnych (dziś – o wiele słuszniej – czynią je naturalni rodzice dziecka). Podczas chrztu dokonało się owo uwolnienie spod władzy ciemności i przeniesienie do królestwa umiłowanego Syna Bożego (por. Kol 1,13) – bez świadomego udziału z naszej strony. Natomiast podczas profesji świadomie i dobrowolnie podejmujemy decyzję realizowania w pełni zasad Ewangelii, tzn. nie tylko jej nakazów, ale i rad. Podejmujemy ją jako dojrzali już chrześcijanie i tym się tłumaczy prawny warunek: profes musi być już bierzmowany.

Trzy śluby są – jak mówi Sobór Watykański II – „uwolnieniem od przeszkód” lub dosadniej się wyrażając „końską kuracją” na trzy określone przez św. Jana „pożądliwości: oczu, ciała i pychę tego życia” (1 J 2,16). Streszczona tutaj tradycyjna teologia profesji monastycznej ma swoje uzasadnienie biblijne. Składa się na nie wymaganie chrystusowe stawiane ściślejszemu gronu uczniów oraz głęboka Pawłowa teologia następstw chrztu sakramentalnego.

Wezwanie Chrystusowe zawiera się w dwóch tekstach ewangelijnych. Zazwyczaj najpierw przytacza się rady bezżeństwa i ubóstwa wraz z naśladowaniem Chrystusa zawarte w Mt 19,10–22. Bardziej jednak radykalne sformułowanie wymagania stawianego przez Pana uczniom ściślejszego grona zachodzi u Łk 14,26–33. Zacznijmy od tego drugiego, gdyż pochodzi ono ze starszego pokładu tradycji słów Jezusowych.

Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to, zaczęliby drwić z niego. „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeżeli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14,26–33)

Cały tekst powyższy warto by szczegółowo zanalizować, ale ramy niniejszego omówienia na to nie pozwalają. Ograniczymy się więc tutaj do tego, co może stanowić fundament objawiony dla profesji zakonnej. Powyższy urywek jest tematycznie zwartym pouczeniem, które – jak twierdzi większa część komentatorów, i to słusznie – jest skierowane nie do wszystkich chrześcijan, lecz stanowi program życia dla ściślejszego grona uczniów. Patrząc na kontekst niniejszego pouczenia w 14 rozdziale Łukasza, łatwo zauważyć, że spośród idących tłumów Mistrz chce wyodrębnić tych, którzy pójdą za Nim nie okazjonalnie, pod wpływem urzekającej Jego nauki, lecz na stałe. Szuka On mianowicie uczniów w ówczesnym tego słowa znaczeniu, nie w dzisiejszym. Dziś bowiem uczeń spotyka się z nauczycielem przez kilka godzin dziennie w instytucji zwanej szkołą. Inaczej zaś było wówczas z rabinami, zwłaszcza wędrownymi. Takim właśnie był historyczny Jezus z Nazaretu. Mistrzowie i uczniowie prowadzili życie wspólne. Stąd to suma niesłychanych wyrzeczeń tutaj wymienionych nie może być obowiązującym programem życia wszystkich wiernych. Ci bowiem tylko w wypadku granicznym, w obliczu męczeństwa, muszą się wyrzec dosłownie wszystkiego, jeśli Pan ma się do nich przyznać na sądzie.

Natomiast radykalne wymagania Jezusowe postawione gronu Dwunastu a może też i owym siedemdziesięciu dwom uczniom, jak widać idą dalej żądając zjednoczenia się z Nim w całym stylu życia, z zupełnym oderwaniem nie tylko od najbliższych, ale i od siebie samego. Jeśli katecheza ustna przed zapisem Ewangelii przechowała to wymaganie Pańskie to nie z troski kronikarskiej o słowa niegdyś wypowiedziane, lecz w innym celu. Słowa te mianowicie były potrzebne pierwotnemu Kościołowi jako zachęta dla dalszych i dalszych kandydatów na „uczniów”, już szerzej pojętych niż tamtych Dwunastu czy siedemdziesięciu dwóch. Kościołowi zależało na takich, którzy by pragnęli całe swoje życie związać z Chrystusowym przykładem w służbie Kościoła.

Suma wyrzeczeń podjętych dla Chrystusa ma obejmować wszystkie dobra, ma się posunąć aż do swoistej „nienawiści” samego siebie, co – jak wiemy – podejmie także nasza Reguła wśród „narzędzi dobrych uczynków” (Rb 4,11.60). Profesja monastyczna ma nastąpić według Reguły po trzykrotnym odczytaniu jej nowicjuszowi, który „tak długo rozważając mógł łatwo albo odrzucić albo przyjąć jarzmo Reguły” (RB 58,16). Tak określony namysł poprzedzający nieodwołalną decyzję ma wymowną ilustrację właśnie w wyżej przytoczonym urywku mowy Jezusowej do tłumów. Mowa zawiera w sobie w dzisiejszej redakcji dwie małe przypowieści, bliźniaczo do siebie podobne, o stawianiu wieży nad tłocznią w winnicy i o prowadzeniu wojny przez króla. Podobnie jak w innych przypowieściach (np. o owcy i drachmie, o skarbie ukrytym w roli i o drogocennej perle poszukiwanej przez kupca), tak i tutaj występują jako ich bohaterowie mały, skromny człowiek, właściciel wymarzonej przez Izraelitę winnicy, i wielki król, dysponujący znacznym potencjałem woskowym. Pierwszy człowieczek planuje skromną inwestycję – wieżyczkę nad tłocznią dla winogron, drugi zaś wielki człowiek, bo król, planuje kampanię na dużą skalę. Ale jeden i drugi muszą się wpierw namyśleć, by podjąć odpowiednią decyzję. Przedmiotem ich zastanowienia jest realność przedsięwzięcia na tle posiadanych zasobów: kapitału w pierwszym wypadku, a liczebności wojska w drugim. Oba te zasoby, potrzebne dla wykonania planu, to – jak widać z kontekstu – zdolność do wyrzeczeń dla Chrystusa i Jego sprawy. Miara wyrzeczeń – to nie jest coś tylko negatywnego: mierzy się ona bowiem miarą na wskroś pozytywnej miłości do Chrystusa. „Mało Ciebie miłuje ten, który oprócz Ciebie jeszcze coś miłuje” – wyznał trafnie św. Augustyn. Tę myśl jak echo powtarza św. Benedykt w końcowej, jakby testamentarnej, części swej Reguły, gdy mówi o mnichach: „Niechaj nic nigdy nie będzie dla nich ważniejsze od Chrystusa…” (RB 72,11) .

Streszczając więc, należy uznać w profesie adresata owego radykalnego apelu Jezusowego, przechowanego nam przez 14 rozdział Ewangelii św. Łukasza. Apel ten nakazuje poważny namysł przed podjęciem nieodwołalnej decyzji stania się „uczniem” Chrystusa w tym specyficznym znaczeniu wyżej omówionym. Tu widać, jak głęboka była inspiracja biblijna naszego Zakonodawcy, skoro sam klasztor jest dla niego „szkołą służby Pańskiej”, a „uczeń” jest często po prostu synonimem „mnicha”.

Decyzja ujawniona w chwili profesji odnosi się do daru z siebie samego, daru bezzwrotnego. O tego rodzaju darze mówi urywek Mateuszowy o celibacie podjętym dla królestwa Bożego.

Rzekli mu uczniowie: „Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić”.

Lecz On im odpowiedział: „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane.

Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!” (Mt 19, 10–12)

Mowa tu jest o innej drodze życia, niż ją wyznacza zwykłe dla większości ludzi powołanie do małżeństwa. Na sceptyczną refleksję uczniów: „nie warto się żenić” (wobec cofnięcia rozwodu), Pan replikuje podając, kiedy warto się nie żenić. Jest to droga wyznaczona przez charyzmat celibatu. Tak właśnie wyraźnie terminem charizma nazywa go św. Paweł: Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak ja (tzn. bezżenni), lecz każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki (1 Kor 7,7). U św. Mateusza natomiast określony on został równoznacznie stroną bierną „którym to jest dane”, gdyż jej sens w stronie czynnej miałby za podmiot Boga jako dawcę. A poziom nadprzyrodzony daru wynika z motywacji dla królestwa niebieskiego. Wzgląd na nadprzyrodzoną społeczność, na Kościół, jako nośnik tego Królestwa, decyduje o wyborze wyjątkowej drogi. To wszystko mówi o uprzedzającym działaniu Bożym, które człowiek w szczególny sposób „pojmuje”. Użyte tu greckie słowo chorein oznacza nie tyle sprawność intelektualną, umiejętność rozeznania, ile raczej pojemności duszy, jej niejako powiększenie przez Boga do takiego formatu, który będzie odpowiedni do wielkości daru Bożego.

Natomiast o jakości daru ze strony człowieka mówi drastyczne porównanie do dwóch innych zupełnie naturalnych i zrozumiałych przyczyn bezżenności. Dwa szczeble przytoczone: defekt wrodzony organizmu oraz chirurgiczny, sztuczny, zresztą głęboko niemoralny zabieg, pozbawiają raz na zawsze takiego osobnika możności stania się ojcem, wykluczają w ogóle małżeństwo. Jeśli w tak bardzo eklezjalnej katechezie, jaką jest Ewangelia Mateuszowa, znalazło się to drastyczne porównanie, którego nie podają pozostali Synoptycy, to z pewnością Redaktor chciał przez jego umieszczenie podkreślić także bezzwrotność tego daru ze swego małżeństwa, na jaki zdobędą się ci, którzy pójdą po linii tego właśnie charyzmatu. Komentując to miejsce Marcin Luter uznał ten charyzmat za przejściowy. I tu się pomylił z pewnością. Nie jest bowiem stanem przejściowym ani wrodzone upośledzenie organiczne osobnika ani jego stan kastracji. Zresztą nie jest inna logika miłości między dwiema osobami, gdyż oddanie musi być wyłączne i dozgonne w prawdziwym małżeństwie. Jeśli tak jest, gdy w grę wchodzą dwie osoby ludzkie skończone, to tym bardziej musi być w ten sam sposób, gdy człowiek oddaje się Jedynemu, i to Nieskończonemu Miłośnikowi całym swym, niepodzielnym sercem. Sam Pan taką bezzwrotność oddania określił gdzie indziej słowami: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do Królestwa Bożego (Łk 9,62). Jak widać więc Kościół kieruje się Bożą logiką zatwierdzając śluby wieczyste – wbrew sceptycznym pytajnikom niektórych psychologów. Śluby – to już płaszczyzna łaski, a dla Boga nie ma nic niemożliwego (Łk 1,37).

Osobowy związek z Chrystusem jako podstawę i wzór profesji ukazują słowa rady ewangelicznej danej bogatemu młodzieńcowi: Skoro wszyscy trzej Synoptycy ją mają, jest to dowód, jak była potrzebna ta scena katechezie pokolenia apostolskiego. Skomentujmy tutaj jej wersję najpóźniejszą, najbardziej opracowaną pod względem teologicznym:

Jezus mu odpowiedział: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mt 19,21)

Przez użycie terminu „doskonały” (téleios), obiegowego w panującej wówczas powszechnie filozofii stoickiej, ta rada dzieli uczniów Jezusa na dwie kategorie. Pierwszą tworzą ci, którzy chcąc wejść do życia wiecznego, zachowują przykazania. Drugim natomiast jeszcze czegoś „brakuje” do pełni. Do nich Jezus kieruje szereg rad, sformułowanych wprawdzie w trybie rozkazującym, ale poprzedzonych warunkiem „jeśli chcesz”. Ten ciąg nakazów uzasadnia nie tylko ślub ubóstwa, Jak się powszechnie przyjmuje, ale coś więcej: tu jest mowa o całym stylu życia prawdziwego „ucznia”, a więc o stanie, jaki wprowadza wieczysta profesja. Przejdźmy do poszczególnych nakazów Pańskich. „Idź!” – nakazuje zasadniczą zmianę dotychczasowego trybu życia, nakazuje opuszczenie obecnej sytuacji. „Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie” – wymaga uznania nowej skali wartości, z wyraźnym odcięciem się od dotychczasowego dysponowania dobrami materialnymi. Te dwa nakazy zaakceptowałby niejeden filozof starożytnej Grecji lub dzisiejszy mnich buddyjski. Od następnego dopiero nakazu ukazuje się specyfika profesji zakonnej w Kościele: „Potem przyjdź i chodź za Mną!”. W tamtej historycznej scenie dla bogatego młodzieńca oznaczało to szansę, niestety zmarnowaną, przystania do grona bezpośrednich uczniów Jezusa wędrujących wraz z Mistrzem. Dla pierwotnego Kościoła, który głosił i odczytywał Pierwszą Ewangelię, było to coś więcej niż wspomnienie faktu, było to uzasadnienie niepodzielnej służby Chrystusowi, ale już w Kościele. A dziś jest podstawą profesji, w której człowiek zobowiązuje się iść za Chrystusem w całym swoim życiu. Tak więc w wypadku profesji monastycznej jest to dozgonną nauką w „szkole służby Pańskiej”. W tej zaś szkole – jak trafnie wyraził się Th. Merton nie tylko ma się Chrystusa studiować, ale trzeba w jakiś sposób Nim się stać.

Dotąd była mowa o biblijnych podstawach czy wzorach tej decyzji, która ma poprzedzić chwilę profesji. Teraz rozważmy sam ten moment. Pomijając jej aspekt liturgiczny, który jest odrębnym tematem także pod względem ascetycznym, ograniczymy się tutaj do skomentowania biblijnych słów samego aktu profesji, jak go przepisuje nasza Reguła. Profes trzykrotnie ma odśpiewać werset:

Przyjmij mnie, Panie, według Twej obietnicy, a żyć będę. I nie zawiedź nadziei mojej (Ps 118,116).

Psalmista wypowiada te słowa w ramach strofy ukazującej jego trudne położenie wśród ludzi występnych, od których postępowania chce on wyraźnie się odciąć. Chce mianowicie być „świętym” w tym zawężonym znaczeniu, jakie dopuszcza Stary Testament w zastosowaniu do człowieka. Chce jako własność należeć do Jahwe. Wie jednak przy tym dobrze, że jest mu daleko do owej pełnej przynależności. Stąd ufa Bogu, który przecież pierwszy wystąpił z inicjatywą obdarzenia całego Izraela „życiem” w pełnym biblijnym znaczeniu tego słowa. Psalmista ufa, ze Bóg go takim przyjmie, a według tekstu hebrajskiego, którego nie znał św. Benedykt, jeszcze mocniej: że go podtrzyma. Następstwem Bożego podtrzymania będzie życie różne od gorzkich rozczarowań historycznego, niewiernego Izraela. Odwrotnie liczy Psalmista na utrzymanie życia wiernego, tak iż nie dozna zawstydzenia. To oczekiwanie się spełni, ta nadzieja się urzeczywistni.

Ten urywek psalmu bardzo już bliskiego pod względem aury Nowemu Testamentowi z jego służbą Bogu z miłości, a nie samej bojaźni, słusznie został wybrany jako formuła profesji. Trzeba tylko te słowa odpowiednio przetransponować na płaszczyznę Ewangelii. I tak słowo obietnicy należy umieścić w ustach Chrystusa dającego rady i wskazania uczniom w rodzaju: będziesz miał skarb w niebie (Mt 19,21) lub kto by chciał mi służyć, niech idzie ze Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go Ojciec mój (J 12,26). Do ufności słowem obietnicy Chrystusa trzeba nadto dodać poddanie się kierownictwu Ducha Świętego, od którego biorą początek wszystkie charyzmaty, a więc i powołanie monastyczne czy szerzej pojęte – zakonne w ogóle. Tak więc profesja jest prośbą, jak werset śpiewanego przez profesa psalmu, a zarazem jest odpowiedzią na uprzedni zew Boży wraz z obietnicami. Można określić to jako „gest świętego, wykonany przez człowieka grzesznego”. W tych dwu składnikach łatwo dojrzeć echo określenia chrztu przez św. Piotra: (Woda) ratuje was we chrzcie nie przez obmycie brudu cielesnego, ale przez zwróconą do Boga prośbę o dobre sumienie dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa (1 P 3, 21).

Od formuły profesji przejdźmy do treści zobowiązania i zapytajmy, czy i jakie wzory biblijne można znaleźć dla „przyrzeczenia stałości miejsca, życia w cnotach monastycznych i posłuszeństwa” (RB 58,17)? Karl Rahner w swoim kazaniu na profesję powołuje się na nierozerwalną unię Słowa Bożego z naturą ludzką w Chrystusie, co z pewnością jest w zgodzie z chrystocentryzmem Reguły i z modelem eklezjalnym samej wspólnoty monastycznej – miniatury Kościoła. Ale tak wysoka spekulacja nie może być nazwana biblijnym modelem życia. Za taki zaś może uchodzić przebywanie z Mistrzem Jezusem grona Dwunastu czy siedemdziesięciu dwóch.

Życie w cnotach monastycznych czy – jak dawniej dosłownie tłumaczono: „naprawa obyczajów” – zawiera się z pewnością w ewangelijnym „pójściu” oraz „naśladowaniu” Chrystusa a nadto w realizowaniu tylu napomnień apostolskich w Nowym Testamencie pod adresem wspólnot chrześcijańskich. Wiele z nich przy różnych okazjach powtarza nasza Reguła.

Posłuszeństwo nie jest radą formalnie wyrażoną w Ewangeliach, jak jest z celibatem i ubóstwem, tym niemniej zawiera się w pójściu za Chrystusem, który był przecież posłuszny aż do śmierci (Flp 2,8). To właśnie przytoczy Reguła uzasadniając trzeci stopień pokory (RB 7,102n).

Tak wygląda profesja monastyczna. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę dostosowane do kodeksu prawa kanonicznego sformułowania trzech ślubów: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, to dwa pierwsze mają pełną podstawę biblijną w omówionych wyżej tekstach Mateuszowych z rozdziału 19-go. Do posłuszeństwa zaś, o którym była wyżej mowa, warto dorzucić jeszcze pewien znamienny fakt. Rozdział V Reguły „O posłuszeństwie”, choć tak stosunkowo jest krótki w porównaniu z rozdziałami IV i VII, to jednak zawiera dwukrotnie cytat logionu Jezusowego, zapisanego tylko przez św. Łukasza (10, 16): Kto was słucha, Mnie słucha (RB 5,6.15). Utrwalenie tej zasady i powtórzenie jej w jednym rozdziale świadczy o głęboko kościelnym charakterze naszej Reguły. Słowa bowiem powyższe Pan skierował do Apostołów, a tymczasem w obu wypadkach św. Benedykt stosuje je do nauczających przełożonych klasztoru. Ich więc autorytet jakoś łączy z władzą kościelną. Nie dziwi to nas, gdyż w owych czasach opieka Kościoła rozciągała się na życie monastyczne. Świadczą o tym w naszej Regule aluzje bądź do Kościoła Rzymskiego bądź do biskupów.

Profesja wprowadza nowy kierunek życia, co dawniej chętnie określano jako stan, wyrażenie o tyle mniej szczęśliwe, że może sugerować – co nie daj Boże! – wręcz zastój. Przeciwnie – słowa Psalmu: „a będę żył”, użyte w formie profesji na końcu pierwszej prośby, każą szukać wzorów biblijnych dla dynamiki życia profesa.

W tym dziale przychodzi nam z pomocą św. Paweł, gdy snuje sugestywne wnioski moralne z faktu przyjęcia chrztu przez katechumenów, w owych czasach przeważnie dorosłych. Widzieliśmy już wyżej, do jakiego stopnia profesja rozwija dalej, do końca, zasadnicze obietnice dane na chrzcie sakramentalnym. Właśnie ta analogia podsunęła Mertonowi tytuł książki „Znak Jonasza”, w której mówi o swym życiu już jako mnicha. Znak ten mówi o zmartwychwstaniu do nowego życia po śmierci sakramentalnej „dawnego człowieka”, śmierci grzechowi, zatopionemu w wodach chrztu.

Rozdział IV Reguły „O narzędziach dobrych uczynków” zaczyna wymagania – jak wiadomo – od najbardziej zasadniczych, obowiązujących każdego chrześcijanina, ale potem przechodzi do coraz trudniejszych, włącznie do nienawidzenia własnej swojej woli. Otóż podobne stopniowanie wymagań można znaleźć w napomnieniach moralnych św. Pawła, u którego zawsze wymagania mają za uzasadnienie prawdę dogmatyczną. Przytoczmy tu dwie najbardziej rozwinięte.

Starsza z nich, to tekst czytany podczas wigilii paschalnej:

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie. To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu. Kto bowiem umarł, stał się wolny od grzechu.

Otóż jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak, i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie.

Niechże więc grzech nie króluje w waszym śmiertelnym ciele, poddając was swoim pożądliwościom. Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia, i członki wasze oddajcie jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu. Albowiem grzech nie powinien nad wami panować, skoro nie jesteście poddani Prawu, lecz łasce (Rz 6,3–14)

„Dawny nasz człowiek ukrzyżowany” – to zasada ogólnochrześcijańska obowiązująca wszystkich wiernych. Na serio i radykalniej ma to realizować profes. Jak widać, cały wysiłek moralny i ascetyczny jest w tym urywku uzależniony od udziału w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, w które wszczepia nas chrzest. Stąd to tradycja monastyczna określa profesję jako drugi chrzest, niezupełnie, rzecz jasna, ściśle, lecz trafnie sugerując zryw ku nowości życia.

Dalej posuwa konsekwencje moralne i ascetyczne chrztu tekst późniejszy, również w naszej liturgii czytany w okresie paschalnym:

Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale. Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w waszych członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Z powodu nich nadchodzi gniew Boży na synów buntu. I wy niegdyś tak postępowaliście, kiedyście w tym żyli. A teraz i wy odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych. Nie okłamujcie się nawzajem, boście zwlekali z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga, według obrazu Tego, który go stworzył. A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus. Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśli by miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z całym swym bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łask śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3,1–17)

„Umarliście” – to brzmi jeszcze mocniej niż poprzedni „dawny człowiek ukrzyżowany”. Powyższy tekst jeszcze mocniej podkreśla zasadniczy motor życia monastycznego – tęsknotę za Zmartwychwstałym Panem – oraz drogę wiodącą do Niego, jaką jest ukryte w Nim milczące życie w odległości od większości spraw tego świata. Nadto w tym tekście następstwa „znaku Jonasza” są nie tylko indywidualne. Przechodzą one także na wspólnotę: „Chrystus we wszystkich” ma być dostrzegany i stanowić normę postępowania. Tę ukrytą obecność Chrystusa na wiele sposobów akcentuje Reguła. Nawet wspólnota modląca się razem liturgicznie znajduje dla siebie model. Mamy tu „przebywanie słowa Chrystusowego” w obfitości (czytania w oficjum i mszy), mamy „psalmy, hymny, pieśni pełne Ducha”, źródło nadprzyrodzonej mądrości.

Skoro monaster według Reguły ma być „szkołą służby Pańskiej” oraz „pracownią” i „miejscem bojowania”, wszystkie te metafory mówią o stałym postępie, o zdobyczach, o trudzie owocnym, a nie o samym trwaniu. Dynamikę wraz z celem ukazuje nam wyznanie osobiste św. Pawła, które powinien powtórzyć za nim każdy benedyktyn: Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, byleby pozyskał Chrystusa… Pędzę, abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa… To jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie (Flp 3,8.12.13.14).


Augustyn Jankowski OSB (ur. 14 września 1916 w m. Złotoust na Uralu, zm. 6 listopada 2005 w Krakowie), właściwie Bogdan Jankowski – benedyktyn, opat tyniecki, biblista, redaktor naukowy Biblii Tysiąclecia, członek Papieskiej Komisji Biblijnej Kongregacji Nauki Wiary, doktor honoris causa PAT. Autor wielu publikacji z dziedziny biblistyki, m.in. Aniołowie wobec ChrystusaBiblijna teologia czasuBiblijna teologia przymierzaDwadzieścia dialogów JezusaRozmowa o Apokalipsie.

Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position