Benedyktyńskie śluby zakonne

  • 12 sierpnia 2019

Benedyktyńskie śluby zakonne

Nikt nie może zobaczyć Boga i nie umrzeć. Wszyscy chrześcijanie są powołani do tego, by oglądali Boga. Powołanie zakonne jest powołaniem szczególnym do widzenia Boga. Toteż wymaga ono szczególnego rodzaju śmierci. Jedyna mistyka, jaką zna chrześcijaństwo, to jest mistyka wniebowstąpienia. Wniebowstąpienie było jednak poprzedzone i musi być poprzedzone śmiercią na krzyżu. Mnisi i mniszki winni być w pewnym sensie martwi, to znaczy wiele z ich natury musi obumrzeć, inaczej nie będą widzieli Boga. Są oni zwolnieni od tylu ciężarów i obowiązków życia rodzinnego i społecznego z tego samego powodu co spoczywający na cmentarzu: już umarli dla świata. Śmierć ta nie może być tylko pozorna, to musi być coś, co realnie sięga w głąb duszy, co w sposób bolesny unicestwia jej żywe i niekoniecznie grzeszne dążności, hamuje w pewnych kierunkach jej rozwój, pod pewnym względem kaleczy. Lecz ta śmierć duchowa nie dokonuje się w momencie składania ślubów. Śluby są jej początkiem. I to musi być jasno przedstawione w nowicjacie. Nowicjusze i nowicjuszki łatwo mogą sobie wyobrazić, że cala rzecz w tym, by złożyć śluby. Byle do tego doprowadzić, to już walka wygrana, po profesji już będą na drugim brzegu, już będą posiadali to, co chcą uzyskać. Jeżeli tego wyraźnie nie myślą, to może tak podświadomie czują. Bo tak to wygląda w oczach natury: Trzeba się raz wszystkiego wyrzec, a potem już „święty spokój”, swoboda od trosk i kłopotów, życie zaciszne i pogodne. Lecz rzeczywistość jest całkiem inna. Wyrzekamy się ludzkich pociech, aby być z Bogiem, Bóg zaś mieszka w oślepiającej światłości. Idąc ku Niemu doznajemy olśnienia, przestajemy raz po raz widzieć, wchodzimy w pustynię duchową. Idziemy na pustynię w tym samym celu, co Jezus: aby być kuszonym przez szatana i zwyciężyć go. Szatan będzie nas kusił nieustannie do niewierności, jeśli nie zasadniczej, to przynajmniej drobnej, względem zobowiązań profesji. Tak więc śluby to nie jest śmierć jednorazowa, po której następuje raj posiadania i używania, lecz początek obumierania trwającego całe lata. Jedno jeszcze trzeba podkreślić: śluby mają charakter zupełnego poświęcenia się bez zastrzeżeń i wyjątków. Przyjęte zobowiązania muszą być wypełniane aż do najdalszych konsekwencji. Nie znaczy to, że składający śluby mają tym samym osiągnąć pełnię doskonałości zakonnej, lecz znaczy, że nie wolno im nakreślić sobie żadnej granicy, do której chcieliby iść za Chrystusem, a pozą którą już nie mieliby chęci wysilać się i dążyć. Tysiące zakonników i zakonnic próbowało już. takiego realizowania ślubów w ograniczonym zasięgu i nie wynieśli stąd niczego poza nieszczęściem. Bo ofiara, która nie chce być całkowita, która się targuje i zastrzega, musi być straszliwie gorzka i nie przyniesie żadnej pociechy. To wszyscy wchodzący w życie monastyczne winni sobie uświadomić: mnichem i mniszką trzeba być albo zupełnie, albo wcale.

Stałość. Pierwszym z benedyktyńskich ślubów zakonnych jest ślub stałości. Zobowiązuje on do nieodwołalnej przynależności do klasztoru, w którym się złożyło profesję, i do niecofania się z drogi raz obranej. Nie jest to ślub tak absolutny, aby całkiem wykluczał przeniesienie do innego klasztoru, gdy na przykład tworzy się nową fundację, albo gdy zajdzie inna nadzwyczaj ważna przyczyna, ale te zmiany przynależności mają w naszym zakonie charakter wyjątkowy. Celem tego ślubu jest oparcie życia mniszego na zasadzie rodzinnej, będącej charakterystyczną właściwością naszego zakonu. Zobowiązujemy się ślubem szukać Boga żyjąc z tymi właśnie braćmi czy siostrami, którzy w klasztorze są, z takimi, jacy są, pod tym przełożonym, który jest, i to dożywotnio. Dzięki temu ślubowi nasze klasztory nie są zespołami sformowanymi na pewien czas dla wykonania pewnych zadań, lecz rodzinami, których się nie opuszcza aż do śmierci. Niewątpliwie św. Benedykt wprowadzając ślub stałości chciał zapobiec włóczędze mnichów.

Nie literze ślubu stałości, ale duchowi tego ślubu sprzeciwiają się takie uchybienia, jak przebywanie poza celą bez rzeczywistej potrzeby, zajęcia wykonywane bez pozwolenia lub nawet bez wiedzy przełożonych, usiłowanie zawiązywania znajomości i przyciąganie krewnych i znajomych na zbyt częste i długotrwałe odwiedziny w rozmównicy, zbyt rozgałęziona i częsta korespondencja, przeglądanie wielu niezbyt potrzebnych książek, a przede wszystkim gadulstwo i gorsze może od gadulstwa marzycielstwo. Mnich lub mniszka oddający się próżnym marzeniom przebywają wprawdzie materialnie w swoim klasztorze, ale duchowo są w nim nieobecni.

Naprawa obyczajów. Drugi z kolei ślub benedyktyński to ślub naprawy obyczajów. Ślubujemy przezeń nie jednorazowe nawrócenie, lecz stałą pracę nad swoją duszą. Nie jest to więc nic innego, jak ślub dążenia do doskonałości przez całe życie. Dla tej pracy nad uświęceniem własnym nie ma żadnego kresu. Ślub bowiem zobowiązuje, aby od złego zwrócić się do dobrego, od dobrego do lepszego, od lepszego do doskonałego, od doskonałego do doskonalszego. Ponieważ mamy być doskonali jak Ojciec nasz w niebie, a Bóg jest nieskończenie doskonały, więc my, stworzenia skończone, nigdy za życia nie możemy osiągnąć celu, ślub więc zobowiązuje nas do nieustannego posuwania się naprzód, póki śmierć nie zatrzyma nas na miejscu, do któregośmy dotarli.

I tu można wyliczyć błędy, które z duchem ślubu naprawy obyczajów są niezgodne i podważają wierność dla niego. Będą nimi: szukanie wygody własnej, owa troskliwość o to, aby się w klasztorze jak najlepiej urządzić i niechęć do wszystkiego, co by mogło naszą wygodę ograniczyć, dalej wybredność w sprawach stroju — oczywiście strój zakonny ma kształt przepisany, ale można grymasić, co do gatunku materiału i sposobu wykonania. Wybredność co do umeblowania celi i narzędzi własnej pracy, wreszcie wybredność w jedzeniu, i to nie tylko przebieranie między potrawami mniej i więcej smacznymi, ale i przywiązywanie wagi do jakości pokarmów. Groźne dla rzetelnej pracy nad sobą może być pielęgnowanie swoich prywatnych zamiłowań. Oczywiście nieraz się zdarza, że z posłuszeństwa jesteśmy obowiązani do zajęć miłych nam, ale i wtedy potrzebna jest wielka czujność, aby ulubione zajęcie nie stało się naszym bożyszczem. Jeszcze niebezpieczniejsze są zamiłowania, do których posłuszeństwo nas nie upoważnia, a które przełożeni tolerują dla świętego spokoju.

Posłuszeństwo. Ślubujemy posłuszeństwo wedle Reguły. Reguła zaś żąda, aby posłuszeństwo było „bez zwłoki”. Istotnie, jeżeli posłuszeństwo nie jest bezzwłoczne, to widocznie, jeszcze wola Boża nie zastąpiła w nas woli naszej, widocznie poddajemy jeszcze otrzymany rozkaz pod sąd naszego rozumu, lub pozwalamy, aby nasze własne zachcianki walczyły z poleceniem przełożonego o przewagę. A przy tym, kto dopuszcza zwłokę w wykonaniu rozkazu, ten naraża się na niebezpieczeństwo, że go w ogóle nie wykona, bo targi z sobą samym osłabiają energię i paraliżują wolę. Reguła żąda, abyśmy byli posłuszni nie trwożliwie, to jest nieufnie po ludzku oceniając własne siły i przeceniając trudności, lecz z wiarą, to jest w duchu nadprzyrodzonym, nie zapominając nawet na chwilę o wszechmocy i miłosierdziu Bożym. Mamy być posłuszni nie opieszale, lecz gorliwie, to znaczy mamy dbać o to, aby otrzymany rozkaz był wykonany nie byle jak, lecz z całą możliwą intensywnością, starannością i dokładnością. Mamy być posłuszni z miłością; a więc jesteśmy obowiązani nie tylko do tego, aby wykonać to, co przełożony nakazał, ale żeby przy wykonaniu nie brakowało pobudki nadprzyrodzonej, abyśmy to, co robimy, robili dla Boga. I każe Reguła słuchać bez szemrania. I nic dziwnego: nasze dzisiejsze szemranie jest jutrzejszym nieposłuszeństwem, a nadto szemranie jest zawsze wielkim zgorszeniem, a niejednokrotnie zabójstwem powołania u współbrata czy współsiostry. Szemranie bowiem czyni w duszy słuchaczy nieraz znacznie większe spustoszenie niż szemrający może sobie wyobrazić. Reguła każe słuchać z wesołością, bo „radosnego dawcę Bóg miłuje”, ale i o tym warto pamiętać, że posłuszeństwo daje radość i szczęście. Wielu rzeczy trzeba sobie w klasztorze odmówić, i to rzeczy, których natura ludzka ciągle się domaga, lecz zawsze mamy w klasztorze sposobność do posłuszeństwa; kto więc pragnie szczerze być posłusznym, ten znajdzie to, czego pragnie.

Spotyka się u dawnych pisarzy określenie, że mnich to człowiek, który słucha przełożonych. Ma on iść w tym za Jezusem, który oznajmił, że wola Jego Ojca jest dlań pokarmem.

Rozważmy jeszcze dwa zagadnienia wiążące się z posłuszeństwem. Jedno z nich nasuwa się przy lekturze rozdziału czterdziestego pierwszego Reguły, w którym jest upomnienie, aby opat tak wszystkim zarządzał, by bracia wykonywali swą pracę bez słusznego szemrania. Czy więc szemranie nie zostało przez św. Benedykta usprawiedliwione? Na pewno nie, jak wynika z innych miejsc Reguły. Mamy tu tylko ścisłe zobowiązanie opata, aby dawał braciom to, co się im słusznie należy, tak że gdyby tego nie otrzymali, to ich uskarżanie się byłoby samo w sobie słuszne. Nie ma tu jednak upoważnienia dla braci, aby ujawniali te swoje słuszne żale, a z rozdziału siódmego wynika, że tego czynić nie powinni.

Druga kwestia to sprawa posłuszeństwa heroicznego, o którym mowa w rozdziale sześćdziesiątym ósmym, gdzie zezwala się mnichowi, któremu nakazano rzecz niemożliwą, na pokorną prośbę o zwolnienie z nakazanego mu obowiązku, lecz postanawia przy tym Reguła, że jeżeli przełożony polecenia nie zmieni, to mnich ma zaufać pomocy Bożej i rozkaz wykonać.

Nie trzeba dopatrywać się w tym rozdziale jakiegoś absurdu. Jest rzeczą oczywistą, że jak wszędzie, zakłada się tu, że przełożony jest przy zdrowych zmysłach i że nie nakazuje rzeczy, które nie leżą w mocy ludzkiej. Idzie tu o tak częstą różnicę poglądów między przełożonym a podwładnym co do zdatności podwładnego, co do jego sił duchowych i fizycznych, czy podoła wykonać zlecone mu zadanie. I w tych przypadkach podwładny ma poddać swój sąd pod zdanie przełożonego, i gdy przełożony uzna, że rzecz jest wykonalna, podwładny ma się do tego zastosować. Oczywiście przełożony może się faktycznie mylić i wtedy nie może twierdzić, że Bóg z całą pewnością zdziała cud umożliwiający spełnienie rozkazu w nagrodę za posłuszeństwo podwładnego. Na pewno jednak to posłuszeństwo spowoduje cud znacznie większy, choć mało na zewnątrz efektowny, cud pomno żenią łaski w duszy prawdziwie posłusznego mnicha. Zdarzyć się może,, że mnich lub mniszka, formalnie posłuszni rozkazom przełożonych, nie posiadają jednak ducha posłuszeństwa. Dzieje się to przede wszystkim wtedy, gdy podwładny umie postarać się, aby mu to polecono, czego« on sam sobie życzy. Dzięki takiej zapobiegliwości nie narusza on litery prawa, ślubu posłuszeństwa nie gwałci, ale jego posłuszeństwo’ jest zupełnie bez wartości nadprzyrodzonej, bo nie wyrzekł się swej woli. Podobny błąd postępowania spotyka się, gdy podwładny, chociaż wykonuje polecenie, okazuje przy tym tak wielką niechęć, że’ przełożony woli dla uniknięcia złych humorów zaniechać wydawania, poleceń niemiłych.

Również niezgodna z duchem posłuszeństwa jest dążność do wyróżniania się w zgromadzeniu, usiłowanie, aby robić przynajmniej niektóre rzeczy inaczej niż wszyscy inni, aby mieć jakieś odrębne ćwiczenia duchowne i nabożeństwa, których nikt inny nie praktykuje;; czasem polega to na jakichś wyjątkach w pożywieniu wynikających nie tyle z konieczności, wskutek stanu zdrowia, ale z pewnej ukrytej chęci zaznaczenia w ten sposób swej indywidualności.

Śluby a duch ślubów. Już w czasie nowicjatu trzeba koniecznie pouczyć, do czego mnisi są zobowiązani ślubami, a czego wymaga od nich duch ślubów zakonnych. Ale byłoby błędem, gdyby rozróżniając ściśle między jednym a drugim mistrz nowicjatu nie kładł nacisku na konieczność życia w duchu ślubów. Musi więc dobrze wyjaśnić, że gdyby ktoś w zakonie naszym powiedział sobie: „To, do» czego ściśle zobowiązałem się przez śluby, wykonam, ale nic ponad to” — to doprawdy nie warto było składać ślubów. Bo uczynkom nakazanym przez śluby nadaje wartość miłość ku Bogu, a miłości, jeśli jest szczera, nie zatrzyma się na żadnej granicy. Kto z góry ogranicza zasięg swej ofiary i służby, ten jest na najlepszej drodze do kalectwa duchowego.

Jak obowiązują Reguła i konstytucje? Wiadomo, że Reguła i konstytucje nie obowiązują pod grzechem ciężkim, chyba że idzie o ważną materię objętą ślubami. Ale trzeba bardzo stanowczo przestrzec przed zgubną lekkomyślnością, jaką byłoby niedocenianie ścisłego obowiązku przestrzegania Reguły i konstytucji. Jeśli łamanie ich nie jest grzechem ciężkim, to najczęściej bywa grzechem powszednim, a na grzechy powszednie nie wolno sobie pozwalać. Reguły nikt nie łamie dla rozumnych i godziwych powodów: narusza się ją przez, niedbalstwo, przez lenistwo, przez pychę — a to wszystko nie są fraszki. A jeżeli ktoś wykracza przeciw Regule przez wyraźną wzgardę dla jej przepisów, ten grzeszy już ciężko. Wreszcie trzeba pamiętać, że nie przestrzegając przepisów i zwyczajów zakonnych, prawie zawsze dajemy zły przykład, a niekiedy powodujemy ciężkie zgorszenie. Bywa nieraz, że naruszenie przepisów zakonnych byłoby samo w sobie zresztą niezbyt wielkiej wagi, ale może być przy tym prawdziwym morderstwem duchowym popełnionym na bliźnim, który na nie patrzy. To wszystko każe nam oceniać sprawę wierności Regule, konstytucjom i zwyczajom jako rzecz wielkiej doniosłości.

Czy śluby unicestwiają osobowość człowieka? Niewątpliwie śluby są więzami, ponieważ krępują one swobodę działania. Ale św. Anzelm trafnie porównywał je do więzów, jakie nakładano w jego czasach choremu, któremu miano wykonać operację chirurgiczną. Były to więzy, ale niezbędne dla uleczenia pacjenta. W naszych czasach nasuwa się inne porównanie. Śluby są jak szyny kolejowe: ograniczają one swobodę ruchów pociągu, ale tylko dzięki szynom parowóz jest w stanie uciągnąć ze znaczną prędkością całe setki ton ładunku. Podobnie dobrowolnie przyjęte przy profesji ograniczenia zapewniają ogromną wydajność pracy duchowej nad wyrobieniem doskonałości. Śluby nie są więc czynnikiem niszczącym, owszem sprzyjają one potężnemu rozwojowi duchowemu profesów. Oczywiście dla uzyskania owoców swych ślubów musi profes żyć duchem wiary. Duch wiary jest warunkiem nie tylko wiernego wypełniania zobowiązań, lecz nadto daje duszy nadludzką, bo od Boga pochodzącą siłę.

Suscipe me, Domine… Ilekroć myśl nasza wraca do naszej profesji, przypomnijmy sobie tę wzruszającą chwilę, gdy skierowaliśmy do Boga te słowa: „Suscipe me, Domine, secundum eloquium Tuum et vivam, et confundas me ab expectatione mea”. Gdy przyjmowaliśmy zobowiązanie, gdy wyrzekliśmy się świata i samych siebie, prosiliśmy Boga, aby nas przyjął i chronił. Wtedy zostaliśmy przyjęci, ogarnęło nas miłosierdzie Boże, a profesja — drugi chrzest — dała nam podwójne prawo do godności dzieci Bożych. Nie myślmy więc o ślubach tylko jako o więzach, jako o ciężkim brzemieniu, którym obarczyliśmy swe ramiona. Śluby to jest przymierze, a sojusznik nasz jest święty, łaskawy, wierny i wszechmocny. Śluby zatem są naszą mocą i ostoją.


Bernard Turowicz OSB – urodził się 28 października 1904 roku w Przeworsku, zmarł 25 listopada 1989 roku w Tyńcu. W latach 1922-1928 studiował matematykę na Wydziale Filozoficznym UJ, w latach 1946-1950 odbył studia teologiczne. 29 stycznia 1945 roku wstąpił do zakonu Benedyktynów w Tyńcu, przyjmując imię zakonne Bernard, 31 lipca 1949 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Stopień doktora otrzymał w 1946 roku na UJ, habilitował się w 1963 roku (Instytut Matematyczny PAN), w 1969 roku został profesorem nadzwyczajnym.

Słuchaj, synu, nauk mistrza…

Od jakiegoś czasu regularnie publikujemy materiały audio na profilach Apple Podcasts oraz Spotify. Jest to kolejne narzędzie, dzięki któremu docieramy do naszych słuchaczy i czytelników…

Posłuchaj

Newsletter

Zapisz się do naszej listy mailingowej.

Dziękujemy! Za parę minut otrzymasz e-maila z linkiem potwierdzającym subskrypcję...

Coś poszło nie tak...

Darmowy e-book
Skin Color
Layout Options
Layout patterns
Boxed layout images
header topbar
header color
header position